piątek, 6 marca 2015

Mimo wszystko popieram decyzję Kaczyńskiego. Moja polemika z Gadającym Grzybem

Witam wszystkich po dłuższej przerwie.
Mam nadzieję, że nie macie mi za złe tego dłuższego przestoju w publikowaniu nowych notek na blogu. Mam nadzieję, że teraz to się zmieni, ale niczego nie obiecuję...

W poniedziałkowym numerze tygodnika "Polska Niepodległa" został opublikowany tekst mojego kolegi z Niepoprawnego Radia PL - Piotra Lewandowskiego, znanego również w sieci pod nickiem Gadający Grzyb.


Zgadzam się z Piotrem odnośnie "galopującej wasalizacji i infantylizacji polskiej polityki zagranicznej". Patrząc na "osiągnięcia" polskiej dyplomacji w okresie ostatnich 8 lat a zwłaszcza "osiągnięcia" z okresu od 10 kwietnia 2010 do dnia dzisiejszego widać, że nie ma czegoś takiego jak polska polityka zagraniczna. Mamy za to do czynienia ze służalczym wykonywaniem poleceń narzucanych przez silniejszych, czyli Berlin i Moskwę.
Mało tego - mamy bodajże najgorsze w najnowszej historii Polski stosunki z Litwą, która względem polskiej mniejszości prowadzi wręcz szowinistyczną politykę. Czesi i Słowacy nie traktują nas poważnie. Na Białorusi wojska Władimira Putina ćwiczą od kilku lat (żeby było śmiesznie - w obecności polskich obserwatorów) nuklearny atak na Warszawę. Ciężko ocenić, na jakim poziomie emocji są aktualne stosunki polsko-ukraińskie, ale w mojej ocenie również nie mamy powodu do optymizmu.

Piotr ma całkowitą rację pisząc:"Oto premier Kopacz wraz z basującymi jej formacji ośrodkami propagandy urządza spektakl publicznego przeczołgiwania szefa rządu innego państwa, sprowadzający się do napawania się własną bezkompromisowością na zasadzie: "ale mu powiedzieliśmy". Wygląda to dość żałośnie, jeśli zestawimy ze sobą format i dokonania obojga przywódców..."
Z jednej strony mamy bowiem kobietę, która prawdopodobnie nie wie, z czym tak naprawdę ma do czynienia i jest w stanie zgodzić się na wszystko, co tylko Angela Merkel powie. Z drugiej strony mamy człowieka, który jest wrogiem UE, ponieważ nie zgadza się na dyktaturę unijnych instytucji finansowych i politycznych oraz lewackich (ponieważ z klasycznie rozumianą lewicą nie ma to już prawie nic wspólnego) ideologii.
Z jednej strony mamy kobietę, która jedyne co ma do zaoferowania, to straszenie PiS-em. Z drugiej - człowieka, który broni interesu Węgier i Węgrów.

O ile mogę się zgodzić z wieloma innymi tezami postawionymi przez Piotra w jego tekście, o tyle, nie zgadzam się z ostatnią.
"Niestety, muszę to napisać, choć zdaję sobie sprawę, że znów zostanę okrzyknięty politycznym szkodnikiem, egzaminu nie zdał również Jarosław Kaczyński, odmawiając spotkania z węgierskim przywódcą".

W mojej ocenie Jarosław Kaczyński postąpił słusznie, chociażby dlatego, że Władimir Putin jeszcze dobrze nie zmył krwi ze swych rąk a Victor Orban już mu je ściskał, jednocześnie przypieczętowując węgiersko-rosyjski interes gazowy, co w mojej ocenie jest, co najmniej, niegodne męża stanu, jakim do niedawna jeszcze był dla mnie Victor Orban.
Pamiętajmy, że polityka zagraniczna rządu PiS oraz śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego odznaczała się, najdelikatniej to ujmując, nieufnością wobec Rosji, co potwierdzą poniższe pytania retoryczne:
Co powiedział śp. Prezydent Lech Kaczyński w Gruzji w 2008 roku?
Kto jest dzisiaj głównym podejrzanym w sprawie zamachu w Smoleńsku?
Agenci wpływu którego kraju panoszą się w Polsce jak najdorodniejsze pawie w stadzie?
Dokąd jeździli na szkolenia przedstawiciele Państwowej Komisji Wyborczej?
Takich pytań retorycznych mógłbym zadawać jeszcze więcej, ale pozwolę sobie zakończyć już tą wyliczankę i zapytać już na poważnie - dlaczego w związku z tym Jarosław Kaczyński miałby spotkać się z człowiekiem, który sprzedał Putinowi swoją polityczną neutralność?

W tym momencie słychać już okrzyki - przecież cała UE jest przeciwko Orbanowi; nie miał wyjścia, skoro Zachód się od niego odwrócił; Węgry na tym skorzystają etc.
Przepraszam bardzo - czy oznacza to, że każdy, komu nie jest przychylna UE ma od razu iść do Putina? Czy w obliczu rzezi ludności ukraińskiej, jakiej codziennie dokonują rosyjscy terroryści warto wchodzić w polityczne deele ze zwykłymi bandytami? Czy dzisiaj najważniejsze naprawdę są tylko i wyłącznie interesy a o wartościach, takich jak honor możemy zapomnieć? Czy gdyby było to w interesie Orbana podjąłby współpracę z Koreą Północną lub dżihadystami?

Ktoś powie, że przecież inni też robią interesy z Putinem i nie potępiamy ich, ponieważ są silniejsi. No właśnie nie do końca. Presja medialna i publiczna spowodowała, że póki co Francja zablokowała sprzedaż mistrali Putinowi. Symboliczne sankcje nałożone na Rosję i jej obywateli zostały utrzymane a wszelkie interesy z Rosją odbywają się pod przykrywką, żeby nie dowiedziała się o nich opinia publiczna. W przypadku Węgier mamy jednak oficjalne interesy w blasku fleszy. Jest to naprawdę bardzo niebezpieczne, ponieważ Orban dał sygnał chociażby Czechom i Słowakom, żeby rządzący tam socjaldemokraci również uśmiechnęli się w stronę Putina, bo a nóż osiągną chwilowe korzyści.

Moim zdaniem Orban wyświadczył wielką przysługę również pozostałym krajom UE, które powołując się na niego również będą miały pretekst do robienia interesów z Rosją. Dziwi mnie, że Prezydent Holland wciąż wstrzymuje się ze sprzedażą mistrali, bowiem mając przecież w pamięci zachowanie Francuzów w czasie II wojny światowej, którzy dopuszczali się łajdactw porównywalnych ze zbrodniami Niemców oraz widząc aktualne zachowanie Orbana pewnie już niedługo nie będzie miał żadnych hamulców by wrócić do wstrzymanych interesów z Putinem.

W swoim tekście Piotr pyta: "Przecież Jarosław Kaczyński za chwilę może być premierem - jak wyobraża sobie układanie stosunków z Węgrami?" Nie jestem Jarosławem Kaczyńskim, więc nie odpowiem na to pytanie. Uważam jednak, że najbardziej rozsądnym rozwiązaniem jest to, co swego czasu na antenie Niepoprawnego Radia PL powiedział Prof. Andrzej Nowak: "Dyplomacja jest potrzebna każdemu nawet najsilniejszym graczom na światowej scenie, by o swoje interesy zabiegać. Ale to właśnie pojęcie "swoje interesy", którego użyłem przed chwilą, wskazuje chyba najprościej, że nikt za nas o nasze interesy nie będzie zabiegał". Konkluzja tej wypowiedzi była taka, że warto na początku realnie wzmocnić swój kraj, tak, żeby każdy się z nim liczył a dopiero potem szukać sojuszników.
Victor Orban swego czasu zaproponował w Warszawie sojusz państw środkowo-wschodniej Europy. BA! Powiedział, że nie miałby nic przeciwko, żeby to właśnie Polska była przywódcą tego sojuszu. PO wówczas, za przeproszeniem, wypięła się na niego. Czy za pół roku, jeśli ewentualnie Jarosław Kaczyński zostanie premierem będzie można wrócić do takich rozmów? W mojej ocenie jest to obecnie niemożliwe, zwłaszcza że Putin tak łatwo nie odda Węgier.

Ostatnie zdanie w tekście Piotra brzmi następująco: "Miał do wyboru (Orban - przyp. Geolog) - albo zgodzić się na dyktat, albo lawirować, więc wybrał to drugie - i na razie całkiem nieźle mu idzie". Taki sam wybór miała Polska w latach 2005-2007 i później a mimo to bracia Kaczyńscy potrafili prowadzić suwerenną politykę broniącą polskiego interesu, czego koronnym przykładem jest przeniesienie rosyjskiego embarga na polskie mięso na forum UE i upolitycznienie w takim stopniu, iż UE mimo że nie była przychylna rządowi PiS uznała, że jest to embargo wymierzone nie w Polskę a całą UE. Czy taka polityka jest możliwa również dzisiaj w przypadku Węgier? Niejedną decyzją Orban pokazał, że tak przeciwstawiając się dyktatowi UE i jej instytucji. Na pewno też zdaje sobie sprawę, na jak niebezpieczny grunt wszedł ściskając zakrwawioną prawicę Putina. Czy przyniesie to jemu samemu i Węgrom planowane korzyści? Być może tak, ale według mnie, cena którą przyjdzie mu później za to zapłacić będzie niewspółmierna do aktualnych korzyści. Do kogo zwróci się wówczas o pomoc? Do UE?

Lawirowanie polegające na sprzedaniu neutralności jest znane z wielu przypadków w polskiej historii. Nigdy nie wychodziło nam to na dobre, zwłaszcza jeśli chodziło o lawirowanie na rzecz Moskwy. Mam wrażenie, że wielu zgodziłoby się dzisiaj na robienie interesów z Putinem, gdyby tylko przyniosły one doraźne korzyści Polsce.
Pozwolę sobie jednak na koniec zapytać: Naprawdę nie mielibyście nic przeciwko temu, aby Putin ze swoim cynicznym uśmieszkiem złożył kwiaty, np. pod pomnikiem "Czterech śpiących" opowiadając jednocześnie o tym jak Armia Czerwona wyzwalała Polskę od polskich faszystów? Jeśli nie, to stoimy po przeciwnych stronach.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie!

czwartek, 5 czerwca 2014

(NIE)Zapomniane Afery 25-lecia III RP


Wczoraj mieliśmy jakże hucznie obchodzoną 25. rocznicę 4 czerwca 1989 roku. Co tak naprawdę wczoraj obchodziliśmy? Dla jednych była to rocznica "demokratycznych wyborów", w których to obywatele mogli wybrać 35% osób zasiadających w Sejmie. Dla innych dzień, w którym "zakończył się w Polsce komunizm" (mimo, że komuniści dalej mieli większość w Sejmie, obejmowali najważniejsze ministerstwa a Jaruzelski był Prezydentem), którego przecież nigdy tak naprawdę nie było... Kiedy trzeba bowiem, to spece od słowotwórstwa, językoznawstwa wyciągają w mediodajniach potworki typu: socjalizm z ludzką twarzą, demokracja ludowa etc. O komunizmie mówi się tylko w przypadku "Okrągłego Stołu" i związanych z nim "zmian".

Tyle radości, tyle ochów, achów, zachwytów, cmokania, mlaskania i powtarzania jak to teraz jest dobrze i jak wiele wolności i możliwości dała nam III RP. Konkursy na "Ludzi Wolności" (o tym w następnym tekście), "Wydarzenia Wolności" etc. Zupełnie tak jakby III RP była Ziemskim Rajem, w którym od czasu do czasu nieudacznicy skupieni wokół PiS i narodowców przeprowadzają "pełzający zamach na demokrację" mówiąc, że jednak nie jest tak cudownie i przypominając mroczne karty historii III RP.

Przejście z PRL do PRL-bis, czy jak też kto woli III RP składa się z afer, w których przewijają się nazwiska ludzi zawdzięczających swoje kariery rozmaitym służbom. Nawet jeśli nie we wszystkich aferach "maczali oni palce", to z całą pewnością we wszystkich największych i najgrubszych.

Poniżej niepełna lista najważniejszych w mojej ocenie afer 25-lecia Polskiej Wolności:
1. Afera alkoholowa
2. Afera Art-B
3. Afera rublowa
4. Afera Colloseum
5. Afera BKO
6. Afera Dochnala
7. Afera osocza
8. Afera tytoniowa
9. Afera Olina
10. Afera starachowicka
11. Afera Rywina
12. Afera paliwowa (Orlenu)
13. Afera FOZZ
14. Afera PZU
15. Afera J&S
16. Afera uwłaszczenia nomenklatury
17. Afera moskiewskiej pożyczki
18. Afera DT Centrum
19. Afera prywatyzacji sektora bankowego
20. Afera mostowa
21. Afera Romana Kluski i Optimusa
22. Afera PZPN
23. Afera Ratuszowa
24. Afera kantorowa
25. Afera hazardowa
26. Afera PNFOR
27. Sprawa Krzysztofa Olewnika
28. Likwidacja polskich stoczni
29. Rozbrojenie polskiej armii
30. Afera pożyczki Palikota
31. Kontrakty gazowe
32. Katastrofa smoleńska
33. Seryjny samobójca
34. Amber Gold
35. Info Afera
36. Niemiecka pożyczka KL-D
37. Afera marszałkowa

Jak to możliwe, że społeczeństwo, za przeproszeniem, ma gdzieś wyżej wymienione sprawy i nie domaga się rozliczenia winnych? Jak to jest, że wymiar sprawiedliwości nie może czy też nie chce doprowadzić żadnej z tych spraw do końca? Jaka jest prawdziwa rola mediów w tych sprawach? Ile mają z nimi wspólnego tajne służby a ile politycy i biznesmeni brylujący w mediodajniach?

Pytań można postawić znacznie więcej i oszołomy takie jak ja stawiają je. Problem polega jednak na tym, że nikt nie chce nam na nie odpowiedzieć. Przecież po co? W końcu III RP, to największy sukces w historii Polski a afery zdarzają się wszędzie! BA! To, że ktoś coś ukradł, że ktoś komuś zrobił krzywdę, to nic - gdyby nie te incydenty nie cieszylibyśmy się dzisiaj z wolności, demokracji, państwa prawa i III RP.

Na koniec chciałbym przytoczyć rozmowę, którą 21 stycznia 2010 roku z dr Krzysztofem Pietrowiczem (współautorem Projektu "Powiązania nieformalne a bezpieczeństwo państwa", socjologiem, adiunktem w Zakładzie Interesów Grupowych, zastępcą dyrektora Instytutu Socjologii Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu) dla "Naszego Dziennika" przeprowadził red. Paweł Tunia:

Paweł Tunia: Zajmuje się Pan badaniem afer gospodarczych III RP. Jakie dokładnie aspekty tego zagadnienia są przedmiotem Pana analizy?
dr. Krzysztof Pietrowicz: W badaniu najważniejsze jest sprawdzenie, jak afery wyglądały, jakie było ich znaczenie dla funkcjonowania całego społeczeństwa. Interesują mnie afery, jednak nie rozumiane jako skandale, ale jako przedsięwzięcia, które mają charakter skoordynowany, a ich cechą jest to, że pomniejszają dobro wspólne. Są nie tylko negatywnym zjawiskiem z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, ale ich szkodliwość oceniam z punktu widzenia samych obywateli.
Badacze tego zjawiska na Zachodzie idą w dwóch kierunkach: jeden kontekst to analiza czysto kryminalistyczna, a drugi to badania afer rozumianych jako skandale polityczne. Tymczasem znaczna część tego, co można określić mianem afer gospodarczych, to są zjawiska, w których pod względem prawnym nie mieliśmy do czynienia ze złamaniem prawa lub było ono łamane gdzieś na marginesie, ale z sytuacją, gdzie dobro wspólne ucierpiało.


Paweł Tunia: Ile było kluczowych afer po 1989 roku?
dr Krzysztof Pietrowicz: Lista najważniejszych afer, którą stworzyliśmy w naszym zespole badawczym, miała ponad 100 pozycji i obejmowała okres od 1989 r. do chwili obecnej. Przy wyborze afer rozumianych jako duże kierowaliśmy się m.in. wielkością zasobów, które one pochłonęły. Problematyka obejmuje też udział sądownictwa w aferach. Jest wiele niepokojących zjawisk związanych np. z działaniem sądów upadłościowych. W przypadku wielu afer do końca nie wiemy, jakie kwoty obejmowały. Przykładem jest afera FOZZ, w przypadku której oszacowanie strat jest trudne i wymienia się tu bardzo różne sumy. Podobnie jest z innymi aferami z początku lat 90., jak Art-B czy afera Bogatina. Duże straty związane są z aferami prywatyzacyjnymi, gdzie pojawiają się elementy korupcyjne, czego przykładem może być prywatyzacja Cementowni Ożarów.

Paweł Tunia: Jakie najważniejsze afery z początku transformacji ustrojowej znajdują się na tej liście?
dr Krzysztof Pietrowicz: Są afery bardzo znane, jak FOZZ, Art-B, afera alkoholowa, ale też te nieco mniej znane - chociażby związane z funkcjonowaniem PFRON czy też wiele afer prywatyzacyjnych.

Paweł Tunia: A z ostatnich dwóch-trzech lat?
dr Krzysztof Pietrowicz: Wymienić można na pewno aferę hazardową. Jest ona interesująca jako przejaw działania lobby hazardowego, którego celem jest zapewnienie sobie jak najkorzystniejszych rozwiązań prawnych. Interesujący jest też fakt, że ponownie pojawił się na scenie Bogusław Bagsik, który po wyjściu z więzienia znowu wrócił do gry. Powstała wówczas spółka Digit Serve działająca na rynku kontraktów walutowych (a w rzeczywistości była to tzw. piramida finansowa), zaś gwarantem jej powodzenia miała być właśnie osoba Bagsika. Jest to interesujące, ponieważ osoba, która stała się negatywnym symbolem afer na początku lat 90., w roku 2005 wróciła jako biznesmen i została przyjęta z otwartymi rękami. To nam dużo mówi o tym, jak postrzegane jest zarabianie dużych pieniędzy w kontekście polskim: trzeba mieć dojścia, układy - jak Bagsik, który nie odstraszał inwestorów, ale wręcz był gwarantem wiedzącym, jak można szybko zarobić pieniądze.

Paweł Tunia: Jaki obraz polskiego systemu gospodarczego III RP wyłania się z opisanych przez zespół badawczy afer?
dr Krzysztof Pietrowicz: Oczywiście nie mówią one o całym systemie. Ten obraz składa się z kilku poziomów. Niemniej jednak afery pokazują, w jaki sposób część społeczeństwa postrzega zarabianie dużych sum pieniędzy w krótkim czasie. Wynika z niego, że w oczach tej grupy nie trzeba być uczciwym, ale korzystać z okazji. Kolejne afery przyczyniają się do utrwalania takiego obrazu, co jest zjawiskiem bardzo negatywnym, bo okazuje się, że nie liczą się ciężka praca, pomysłowość, innowacyjność czy inne zalety, ale dojścia i układy.
Kolejny poziom tego obrazu to działalność wymiaru sprawiedliwości. Statystycznie rzecz ujmując, organa ścigania interesowały się prawie 90 proc. afer, ale jedynie blisko 60 proc. trafiało do sądów, a tylko w 30 proc. zapadały prawomocne wyroki. Co więcej, tylko w kilkunastu przypadkach mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której skazany zostaje główny aferzysta. Najczęściej wyroki dotyczą wątków pobocznych w aferze, a główni aferzyści unikają kary.


Paweł Tunia: Niektóre afery wynikły z powodu tzw. luk prawnych, które wielu "przedsiębiorców" dostrzegło i skorzystało z okazji, by szybko i łatwo się dorobić. Było to częste zjawisko?
dr Krzysztof Pietrowicz: Nie wszystkie afery związane są z łamaniem prawa. Przykładem jest tzw. trójkąt Buchacza (trzy państwowe firmy objęły nawzajem swoje udziały w taki sposób, że Skarb Państwa stał się udziałowcem mniejszościowym i stracił możliwość kontrolowania tych firm, bo nie mógł odwołać władz żadnej firmy, gdyż dwie pozostałe to blokowały). Mimo raportów Najwyższej Izby Kontroli na ten temat, które wskazywały na nieprawidłowości, nie stwierdzono złamania prawa. W niektórych przypadkach spółki Skarbu Państwa zostały zawłaszczone przez jakieś osoby, Skarb Państwa stracił nad nimi kontrolę, a prawo nie zostało złamane. To jest właśnie problematyczne, bo przy niektórych aferach nie można złożyć doniesienia do prokuratury i powiedzieć, że nastąpiło tu złamanie prawa - w takich sytuacjach widać, że dzieje się coś niewłaściwego, natomiast wszystko przebiega zgodnie z prawem, więc formalnie przestępstwa nie ma. Można to wytłumaczyć właśnie istnieniem luk prawnych. Przykładem może być także afera alkoholowa z początku lat 90., kiedy to wiedza na temat zmian ustawowych dotyczących obrotu alkoholem pozwoliła osobom ją posiadającym na bardzo szybkie osiągnięcie zysków. Po jakimś czasie prawo zostało uszczelnione, ale niektórzy skorzystali.

Paweł Tunia: Skąd taka duża liczba afer w Polsce? Czy jest to rezultat braku rozliczeń z poprzednim systemem?
dr Krzysztof Pietrowicz: Częściowo za ten stan odpowiadają ustalenia przyjęte podczas obrad okrągłostołowych, bo one zdeterminowały wydarzenia kolejnych lat. Jednak afery to problem także wielu innych państw. Specyfika polska i innych krajów postsocjalistycznych polega na tym, że odziedziczyliśmy po minionym systemie majątek państwowy, a najlepszym i najwygodniejszym sposobem odnalezienia się w nowej rzeczywistości było zawłaszczenie części tego majątku. Za olbrzymią liczbą afer kryje się właśnie ta motywacja. Rozmaite grupy interesów dążyły do tego, aby jak najkorzystniej zarobić na majątku Skarbu Państwa. Kolejny czynnik sprzyjający aferom to fakt, że PRL była państwem policyjnym z rozbudowanym aparatem tajnych służb. Osoby z tego środowiska posiadały odpowiednie znajomości i znały metody skutecznego działania w sposób niejawny. W nową rzeczywistość wchodziły więc z "cennymi" umiejętnościami, które bardzo ułatwiały prowadzenie tego rodzaju działań.

 Nic dodać, nic ująć! Jest się z czego cieszyć! I to jak jasna cholera!

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie!

piątek, 16 maja 2014

Dlaczego nie zgadzam się z JKM?


Witam wszystkich serdecznie i bardzo przepraszam za dłuższą przerwę w prowadzeniu bloga. Mam nadzieję, że to moje ostatnie, tak długie rozstanie się z pisaniem.

W ubiegłym tygodniu w tygodniku "Do Rzeczy" zamieszczono obszerny wywiad z Januszem Korwin-Mikke. To właśnie tenże wywiad skłonił mnie do napisania poniższego tekstu.

Od razu chciałbym zastrzec, że nie będę się tutaj wypowiadał na temat tekstów JKM związanych z "bandą czworga", "Hitlerem i jego podatkami", "sytuacji na linii Rosja-Ukraina" etc, a jedynie postaram się udowodnić utopijność świata pełnej wolności i lyberalyzmu, głoszonych przez niego poglądów, które w mojej ocenie bardziej szkodzą niż służą.

Nie będzie chyba przesadą, jeśli napiszę, że krajem idealnym według JKM jest kraj, w którym żyje 100% przedsiębiorców, ponieważ jak to on w swoim stylu głosi: "państwo powinno zostać zredukowane do minimum" a "wolny rynek załatwi wszystko".

Dlaczego idea ta jest niemożliwa do zrealizowania?
Powód jest następujący - w każdym społeczeństwie, czy to polskim, czy niemieckim, czy australijskim, czy jakimkolwiek innym nigdy nie będzie tak, że będzie się ono składać tylko i wyłącznie z ludzi młodych, uczciwych, dobrze wykształconych zarówno w teorii jak i praktyce, nie starzejących się i nie chorujących etc. W społeczeństwie zawsze znajdą się jednostki odbiegające od utopijnego założenia lansowanego przez JKM, które będą potrzebowały wsparcia i pomocy państwa (w szerokim rozumieniu tego pojęcia).
Ludzie starsi; ludzie ciężko chorzy; ludzie kalecy; ludzie, którzy z jakichś różnych powodów są niedorozwinięci czy to fizycznie, czy to psychicznie (tych drugich JKM "pieszczotliwie" nazywa debilami); ludzie, którzy na skutek, np. klęski żywiołowej utracili cały majątek i wiele, wiele innych przypadków - jestem ciekaw, co miałby im do powiedzenia JKM zarówno dzisiaj i w trakcie sprawowania władzy?
"Macie pecha"?, "A co mnie to obchodzi"?, "Państwo za to nie odpowiada, bo państwa to nie obchodzi"?, "Tak to już jest w lyberalyźmie"?, "Jesteście socjalistami, bo prosicie Państwo o pomoc"? Czy jeszcze coś innego, co zostałoby okraszone tytułem - "JKM masakrował zbuntowanych lewaków" czy jakoś tak.

Przejdźmy dalej:
Jak JKM chciałby rozwiązać inne problemy, takie jak np. armia i obronność, policja, infrastruktura, służba zdrowia, polityka zagraniczna, edukacja, korupcja, bezpieczeństwo energetyczne itd.? Uważam, że "wolny rynek" nie jest w stanie poradzić sobie z tymi problemami i ich rozwiązanie powinno leżeć w kwestii państwa, co teraz pokrótce postaram się przedstawić odnosząc się do kilku z wyżej wymienionych przeze mnie przykładów. Od razu mówię, że jeśli będzie taka potrzeba, to mogę rozwinąć wszystkie w ewentualnych komentarzach pod tekstem. Nie zrobię tego tutaj, ponieważ zajęłoby to zbyt dużo miejsca :-)

Armia i obronność - JKM zakłada, że granic Polski powinni bronić najemnicy i to z nich powinna się składać Polska armia. Na pierwszy rzut oka niektórym nie musi się to wydawać wcale takie głupie, jeśli chociażby się spojrzy na stan polskiej armii pod rządami Donalda T., która nie obroniłaby na dzień dzisiejszy Polski nawet przed atakiem Estonii (oczywiście z całym szacunkiem dla Estończyków). Jednak warto zadać tutaj pytanie - kto miałby przeprowadzać ewentualny "konkurs" na nabór tychże najemników? Na jakiej podstawie podpisywano by z nimi umowy? Jaka oferta miałaby największe szanse powodzenia - najtańsza czy najdroższa, najlepsza czy najbardziej racjonalna?
Nie zapominajmy poza tym, że najemników można łatwo przekupić (na co na pewno stać tych, którzy są dla Polski na dzień dzisiejszy zagrożeniem zewnętrznym) a poza tym nie są oni tak naprawdę niczym zobowiązani z krajem, który ich wynajmuje, dlatego nie będą chcieli oddawać za niego swojego życia i walczyć za niego do ostatniej kropli krwi jak to było nie tak dawno, bo przecież w poprzednim wieku podczas Wojny Polsko-Bolszewickiej, II Wojny Światowej etc.
Armia i obronność to jednak nie tylko żołnierze, ale również sprzęt, bazy etc. Jak z tym problemem poradziłby sobie "wolny rynek" JKM?

Polityka zagraniczna - zastanawiałem się, co JKM zrobi z ewentualną comiesięczną dietą, którą będzie dostawał jak już dostanie się do PE? Przecież chyba nie weźmie pieniędzy od wstrętnych lewackich socjalistów. Wczoraj Gadający Grzyb poinformował mnie i słuchaczy Niepoprawnego Radia (pozdrawiam bardzo serdecznie! :-)), że JKM ma zamiar kupić za te pieniądze granaty, którymi wysadzi PE w powietrze. Według mnie, tego typu zapowiedzi podchodzą pod groźbę, ale JKM pewnie wytłumaczy, że to tylko inteligentny żart (tak jak "inteligentnym" żartem było oskarżenie przez niego "lewaka" o zgwałcenie kelnerki). Abstrahując jednak od tematu PE, który tak jak cała Unia Europejska jest największym wrogiem JKM warto się zastanowić, jaką preferuje on wizję polskiej polityki zagranicznej?
Powinniśmy być sojusznikiem Białorusi Łukaszenki i Rosji Putina? Powinniśmy ją opierać tylko i wyłącznie o kraje, w których możemy mieć interes odcinając się jednocześnie od przeszłości i wszelkich wartości? Czy możliwa byłaby współpraca z jakimkolwiek krajem Zachodnim, skoro żyją tam same lewaki, których trzeba zmasakrować?
Oprócz tego warto zadać pytanie - kto miałby prowadzić taką politykę zagraniczną? JKM? Mianowany przez niego człowiek? Przecież byłoby to pogwałcenie mojej wolności i (idąc logiką JKM) powrót do socjalizmu, ponieważ ktoś miałby podejmować za mnie i wszystkich innych obywateli decyzje, które mogą się nam nie podobać. Co wówczas? Przecież takie działanie jest ewidentnym naruszeniem mojej wolności, którą JKM i jego wyznawcy tak zaciekle bronią...

Na koniec pozwolę sobie poruszyć temat bezpieczeństwa energetycznego - według JKM, skoro mamy podpisany kontrakt z Rosją, to musimy go wypełnić i pal licho, kto, na jakich warunkach i w jakich okolicznościach go podpisał. Dla JKM nie ma to najmniejszego znaczenia. Przypomina mi to trochę jego wypowiedzi odnośnie aneksji Krymu, który został niby "demokratycznie" przyłączony do Rosji.
Demokratycznie, czyli do d... (posługując się po raz kolejny wypowiedziami JKM). Jak człowiek, który na każdym kroku krytykuje demokrację może w tak ważnej kwestii geopolityki mówić o uczciwych wyborach zwłaszcza wziąwszy pod uwagę opublikowane w ubiegłym tygodniu prawdziwe wyniki referendum na Krymie, które (delikatnie stwierdzając) znacznie odbiegają od tych, które ogłoszono światu?
Jak JKM widziałby pozostałe aspekty bezpieczeństwa energetycznego? Czy polskie elektrownie, elektrociepłownie, kopalnie, magazyny węglowodorów zostałyby przez niego sprzedane? A jeśli tak, to jak według niego "wolny rynek" uregulowałby wszystkie związane z tym problemy? Jeśli nie, to czy oznacza to, że JKM również w jakimś stopniu jest socjalistą?

Temat jest jak najbardziej otwarty i mimo wszystkich negatywnych głosów, które dotychczas usłyszałem w różnych rozmowach, uważam, że trzeba rozmawiać o JKM i potępiać jego utopię. Swego czasu utopię światu próbowali zafundować Marks, Engels i Lenin - jak to się skończyło, chyba każdy wie. JKM dzisiaj funduje nam praktycznie odwrócony radykalizm serwowany ludzkości przez komunistów, przez co trafia (tak jak komuniści w poprzednim stuleciu) do jakiejś grupy osób. Pamiętajmy jednak, ilu tak naprawdę było zwolenników tamtego ustroju czy to w PRL, czy w Czechosłowacji, czy NRD (z grzeczności nie wymieniam zacofanych Sowietów).

I już na koniec - jak każdy z nas może się przekonać państwo Donalda T. również nie radzi sobie z wymienionymi przeze mnie wyżej problemami. BA! Państwo Donalda T. jeszcze bardziej potęguje te problemy. W związku z tym nie dziwmy się, że poparcie JKM rośnie, ponieważ ludzie, zwłaszcza młodzi, mają dość robienia sobie z nich jaj i dlatego szukają jakiejś alternatywy, a krzykliwe hasła JKM na pewną jakąś alternatywą są. Czy lyberalyzm i wolny rynek są jednak w stanie, już nawet nie od ręki, ale w przeciągu 5-10 lat rozwiązać wszystkie problemy? Śmiem szczerze w to wątpić.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie!

poniedziałek, 17 lutego 2014

Między Trynkiewiczem a "Kornim"...


Coraz częściej można usłyszeć głosy, zwłaszcza wśród „naszych komentatorów, dziennikarzy, publicystów”, że główne ośrodki medialne mają coraz mniejszy wpływ na kształtowanie rzeczywistości w Polsce. Coraz częściej wiele osób powtarza, że czas „świetności” „Gazety Wyborczej”, TVN-u etc oraz pracujących tam „reporterów”, uprawiających na wszelkie możliwe sposoby szeroko pojętą propagandę, minął bezpowrotnie, czego dowodem mają być spadki w sprzedaży i oglądalności tychże mediodajni.

Te spadki są faktem, który potwierdzają kolejne dane dotyczące sprzedaży czy też oglądalności, ale mimo tych spadków mediodajnie dalej narzucają główne tematy „informacyjne”, tematy „debaty” i inne najróżniejszej maści tematy zastępcze mające na celu przykrycie tematów naprawdę istotnych.

Podczas „debaty” na temat wydłużenia wieku emerytalnego praktycznie nikt nie zająknął się na temat sprzedaży przez Skarb Państwa 7% akcji PGE.
W czasie, gdy tematem numer 1 były związku partnerskie, ekipa Donalda Tuska pracowała jednocześnie nad sprzedażą LOTOS-u… Rosjanom.
Info-afera, określona przez szefa CBA jako największa afera III RP, została „przykryta” przez odsetki z pożyczki posła PiS Adama Hofmana.

Tę listę można wydłużać w nieskończoność. Ja jednak chcę opisać przypadek szczególnie groźny: uwięzienie Krzysztofa Kokowicza ("€œKorniego”), pracownika Muzeum na Majdanku€“ nieprzypadkowo w czasie, gdy opinię publiczną ogłupiono sprawą Mariusza Trynkiewicza.

Tych, którzy nie znają sprawy informuję, że w czwartek 23 stycznia 2014 roku około godziny 12 został zabezpieczony sprzęt komputerowy oraz drukarka z działu, w którym pracuje pan Krzysztof, a on sam zaś znalazł się w Komendzie Wojewódzkiej Policji. Mimo, że jest on osobą niepełnosprawną, nie pozwolono na dostarczenie mu do komendy w dniu zatrzymania sprzętu umożliwiającego normalne funkcjonowanie, którym były baterie do aparatu słuchowego oraz ładowarka do nich. Pozwolono na to dopiero następnego dnia, gdy Pan Krzysztof miał składać zeznania w Prokuraturze.

„Korni” został aresztowany na 3 miesiące pod zarzutem działania w „zorganizowanej grupie przestępczej” a bezpośrednią przyczyną jego zatrzymania, było twierdzenie policji, że na drukarce służbowej Kokowicz wydrukował dwa plakaty, cytuję „o treści antysemickiej i nawołujące do nienawiści” (w istocie plakaty zawierały treści krytyczne wobec lewackiej grupy €œBrama Grodzka, Teatr NN).

Dlaczego aresztowano go na 3 miesiące? Z obawy sądu „przed mataczeniem”. Warto w tym miejscu przypomnieć, że przepis ten wprowadzono, aby zapobiec zastraszaniu świadków, jakie mogą mieć miejsce w związku z poważnymi przestępstwami jak np. handel narkotykami, porwania, morderstwa…

Dopiero 31stycznia pozwolono, aby Krzysztof Kokowicz spotkał się ze swoim adwokatem. 31 stycznia, czyli 7 dni po jego zatrzymaniu, a wszystko dzięki odpowiednim „kruczkom prawnym”, jakie miała przygotowane w zanadrzu „niezależna” prokuratura.

Absurdalność całej sytuacji, jaka ma związek z Panem Krzysztofem najlepiej przedstawili koledzy „Korniego” związani z forum Rebelya.pl. Pozwolę sobie teraz na zacytowanie fragmentu jednego z zamieszczonych tam wpisów:
4. W rzeczywistości Krzysztof, jako długoletni pracownik Muzeum na Majdanku, przyłożył się do upamiętnienia Holocaustu być może bardziej, niż cały Teatr NN. Przygotowywał wystawy i publikacje na ten temat. Otrzymywał nagrody za zdjęcia obozu. Brał udział nawet w szkoleniu w Yad Vashem. Także hobbystycznie, np. na swoim koncie facebookowym, zamieszczał zdjęcia i informacje o muzeum.
5. Na Teatr NN można spojrzeć jako klasyczny przykład, tego, co prof. Norman Finkelstein określił jako "Holocaust Industry" czyli komercyjnego wykorzystania Zagłady. Działalność tej instytucji sprowadza się do pozyskiwania grantów i dotacji z wszelkich możliwych źródeł i wytwarzaniu w zamian miałkich intelektualnie konferencji oraz publikacji, oskarżanych nawet o plagiat. W odróżnieniu od tego Muzeum na Majdanku, dla którego od wielu lat pracuje Krzysztof, jest państwową instytucją non-profit o 70-letniej tradycji i rzetelnym dorobku naukowym.
6. W oczy rzuca się nierównoważność działań prokuratury i sądów w tej sprawie, a w sprawach dotyczących znieważania Polski i Polaków, np. zbezczeszczenia pomnika Żołnierzy Wyklętych w Lublinie. Wówczas prokuratura podjęła działanie dopiero pod naciskiem społecznym, nie doprowadzając do żadnych wyników, nie mówiąc nawet o postawieniu zarzutów sprawcom, którzy chwalili się swoim wyczynem na facebooku. Wskazuje to na działanie prokuratury "na pokaz" i odgórne zamówienie.


13 lutego sąd w Lublinie uchylił areszt Pana Krzysztofa - całkiem bezzasadnego więzienia niewinnego człowieka.

Jest rzeczą przerażającą, że tego typu praktyki są stosowane w demokratycznym kraju, który szczyci się niezależnością swoich sądów i odpolitycznieniem prokuratury. Jest rzeczą niewyobrażalną, że w majestacie państwa polskiego i majestacie prawa pozwala się na prowadzenie tego typu „praktyk”.

Czy czeka nas w przyszłości więcej tego typu „incydentów”? Biorąc pod uwagę historie, które kiedyś przez chwilę pojawiły się w mediach, można z obawą powiedzieć, że tak.

W czasach PRL, kiedy wmawiano społeczeństwu kłamstwo katyńskie każda polonijna gazeta, która napisała, że zbrodni na polskich oficerach dokonali Sowieci a nie Niemcy, była z miejsca pozywana przez sowieckie ambasady. Mimo że Sowieci nie wygrali żadnej z wytoczonych spraw, to jednak w przekazie medialnym pozostała wiadomość, że coś z wiadomościami polskiej prasy musi być nie tak, skoro zostały one zaskarżone. To, że procesy ciągnęły się bardzo długo, przez co strasznie „męczyły” te gazety to druga sprawa.

Czy nie dostrzegamy podobnych praktyk w sprawie „Korniego”? Czy nie jesteśmy świadkami podobnej sytuacji, co ze „Staruchem” – przez wielu nazywanym więźniem politycznym? Dlaczego prokuratura nie wykazuje się takim samym zaangażowaniem, np. w przypadku okładek jednego z tygodników, który porównuje polskich patriotów do bezmózgich goryli?

Dlaczego „nasi publicyści” milczą w tej sprawie? Dlaczego nie piętnują ewidentnych (delikatnie mówiąc) nadużyć ze strony prokuratury? Dlaczego wchodzą w tematy narzucane przez główne mediodajnie? Dlaczego tyle czasu zajmuje im rozmowa o Trynkiewiczu a sprawa „Korniego” jest przez nich wciąż i dalej pomijana?

Tego typu pytań można postawić jeszcze więcej, jednak nie wystarczy tylko na nie odpowiedzieć, ale znaleźć sposoby na zawarte w nich problemy; sposoby na poprawę  sytuacji w polskiej debacie na tematy ważne a nie tylko te mniej lub w ogóle nieistotne tak często lansowane przez mediodajnie…

Tomasz „Geolog”
Pozdrawiam Serdecznie!

sobota, 25 stycznia 2014

Bohater i zdrajca - Recenzja Autobiografii Kozakiewicza


Każdy kraj ma swoje mity – Polska również. Niektóre mity są jak najbardziej pozytywne, bohaterskie, heroiczne, budujące poczucie narodowej dumy i przywołujące same pozytywne skojarzenia. Inne mity – a w tych specjalizują się nasze mediodajnie – są mitami negatywnymi, mającymi wzbudzić w narodzie poczucie wstydu, poczucie bycia kimś gorszym, poczucie niedowartościowania etc. Czasami zdarza się również, że bohaterowie niektórych mitów z dnia na dzień stają się dla niektórych zdrajcami, którym „nie wypada podawać ręki”.

Władysław Kozakiewicz to postać, której chyba nikomu (może poza niektórymi przedstawicielami mojego i młodszego niż moje pokolenia) nie trzeba przedstawiać. Człowiek, który pokazał Ruskim „ten gest” był i jest dla wielu Polaków bohaterem, autorytetem, uosobieniem polskiej dumy i waleczności, natomiast dla innych (delikatnie mówiąc) niepoważnym „celebrytą”, który zdradził Polskę i Polaków.
24 października 2013 roku w polskich księgarniach pojawiła się (wydana przez AGORĘ) jego autobiografia nosząca „zadziorny” tytuł „Nie mówcie mi jak mam żyć” napisana przy współpracy z redaktorem „Przeglądu Sportowego” – Michałem Polem.

wtorek, 7 stycznia 2014

Dobry zwiastun słabej książki

Czy możliwe jest dzisiaj - 25 lat po obradach Okrągłego Stołu - jakiekolwiek rozliczenie i osądzenie komunistycznych zbrodniarzy i morderców? Jest to jedno z pytań, na które w swojej najnowszej książki pt. "Szwy" próbuje udzielić odpowiedzi Wacław Holewiński.

szwy_IMAGE1_288859_11

Jakiś czas temu, gdy słuchałem jednej z porannych rozmów Radia WNET, trafiłem akurat na wywiad z Panem Holewińskim, w którym odpowiadał on (bodajże redaktorowi Skowrońskiemu) na pytania dotyczące swojej najnowszej książki. Przyznam szczerze, że od razu pomyślałem, że muszę jak najszybciej kupić i przeczytać tą książkę, w czym jeszcze bardziej utwierdzał mnie zachwyt, jaki ogarnął jeszcze przed jej wydaniem prawicowe środowiska.

Oto opinie na temat "Szwów" znajdujące się na odwrocie:
""Szwy" to najbardziej osobista i - moim zdaniem - najlepsza powieść Wacława Holewińskiego. Autor stawia pytanie: co zrobiliśmy z naszą niepodległością? Albo odwrotnie: czemu tak wielu rzeczy nie zrobiliśmy, choć było to naszym obowiązkiem?" - Marek Ławrynowicz
"Holewiński jest jednym z nielicznych pisarzy, których proza tak mocno osadzona jest w naszej współczesności i historii najnowszej. Predestynuje go do tego życiorys: działalność opozycyjna w PRL, prowadzenie podziemnej oficyny wydawniczej, internowanie w stanie wojennym. Sądzę, że najzwyczajniej - doświadczenie życiowe sprawia, że autor ten ma od swoich młodszych kolegów więcej do powiedzenia. A raczej inaczej: do opowiedzenia". - Krzysztof Masłoń
"Czytając, zastanawiałam się, na czym polega sugestywność tej powieści. Wszystko w niej tchnie powietrzem, którym oddychamy. Wywoła na pewno wiele różnych reakcji - z wyjątkiem obojętności. Sądząc z podziału, na który wskazują badania opinii, powinna wzbudzić tyle furii ile entuzjazmu''. - Barbara Budrecka

Jeszcze 2 dni temu na tym zakończyłbym ten oto wpis, jednocześnie zachęcając wszystkich do przeczytania tejże książki. Dlaczego? Ponieważ jeszcze 2 dni temu uważałem, że ta książka nie może być zła ani słaba. BA! - miałem nadzieję, że będzie to jedna z najważniejszych książek, jakie w życiu przeczytam. Przecież zarówno wywołana przeze mnie rozmowa na jej temat w Radiu WNET jak również jej opis ("W 1985 roku milicjanci zakatowali młodego chłopaka, Tomasza Miteńkę, za brak dowodu osobistego. I choć uszli bez kary, to we współczesnej Polsce znajduje się niezależny pisarz, który postanawia upomnieć się o pamięć o tym zdarzeniu. Jest to tym trudniejsze, że także w jego życie uczuciowe okazuje się wpisana komunistyczna przeszłość.") oraz recenzje "naszych" ludzi nie mogły być aż tak przesadzone...

A jednak...
"Szwy" rozpoczynają się pogrzebem jednego z generałów, który swój stopień zawdzięczał błyskotliwej karierze w "służbach" PRL, w których uchodził za jednego z najbardziej bezwzględnych "oficerów". Na tym pogrzebie pojawia się główny bohater - pierwszoosobowy narrator - Maksymilian (prawdopodobnie Wacław Holewiński) wraz ze swoją kobietą - kilkanaście lat młodszą Joanną.
Maksymilian to były opozycjonista, natomiast Joanna to córka oficera SB, o czym Maksymilian dowiaduje się dopiero po 2-3 latach ich "związku". Zarówno przeszłość Maksymiliana jak i przeszłość ojca Joanny są częstą przyczyną kłótni między parą kochanków. Maksymilian nie jest w stanie zaakceptować przeszłości ojca Joanny oraz jej podejścia do tego, co tamten robił w PRL (uważa ona, że był "dobrym gliną", który nie robił nic poza ściganiem przestępców).
Maksymilian postanawia napisać książkę o jednej z zapomnianych zbrodni w PRL, jaką było zamordowanie Tomasza Miteńki. Dociera do ludzi związanych z tą sprawą - zarówno do katów jak i lekarza prowadzącego sekcję Miteńki, jego matki i pierwszej dziewczyny, księdza odprawiającego pogrzeb i wielu innych.
Okazuje się, że pisanie powieści o jednej ze zbrodni PRL, która miała miejsce prawie 30 lat temu jest w dalszym ciągu niemożliwe w "wolnej i demokratycznej III RP". Ludzie wywodzący się z tamtego świata wciąż i dalej mają potężne wpływy i możliwości, czym bardzo często dają się we znaki Maksymilianowi między innymi wulgarnymi telefonami, wyczyszczeniem jego konta bankowego, brutalnym pobiciem etc.

Z mojego dotychczasowego opisu może wynikać, że książka jednak nie jest wcale taka zła, że opisuje rzeczy ważne. Zgadza się, jednak temat ważny, jakim jest kondycja ustroju III RP oraz piętno zbrodni PRL jest w mojej ocenie de facto tematem pobocznym do życia miłosnego (zwłaszcza erotycznego) Maksymiliana i Joanny. Co kilka stron można przeczytać ich rozterki na temat ich miłości i związku, w jakim żyją. Co kilkanaście stron można znaleźć opis ich kolejnych stosunków, dziwnych (przynajmniej z mojego punktu widzenia) zachowań wobec siebie i zupełnie nic nie wnoszących do książki dialogów.
W pewnym momencie nie wiedziałem, o czym jest ta książka - o historii Tomasza Miteńki od 1985 roku do dziś czy o życiu uczuciowym Maksymiliana i Joanny. Właśnie ta druga opowieść, jej charakter i objętość, jaką zajmuje w książce sprawia, że bardzo poważny temat nierozliczonych zbrodni PRL oraz bardzo ważne pytania, jakie padają w książce (np. "Nie wydaje się panu, że czas już zamknąć okres rozliczeń? Że to ciągłe rozgrzebywanie ran nikomu nie służy? Że dla nas wszystkich lepiej byłoby przyjąć formułę wybaczenia?") są po prostu rozmyte w ogólnej sieczce pozostałych treści.

Zdecydowanie mogę Państwu, z całego serca, odradzić tę książkę (zwłaszcza, że kosztuje ona 34,90 zł). Nie wnosi ona zupełnie niczego nowego do debaty na wymienione przeze mnie ważne tematy i nie daje żadnych nowych odpowiedzi na m.in. przytoczone przeze mnie pytania. Język używany przez autora jest co najmniej niedoskonały a momentami, po prostu nieodpowiedni do opisywanych sytuacji. Sama postać Maksymiliana wydaje się bardzo naiwna a niekiedy po prostu głupia - jakby opozycyjna przeszłość głównego bohatera oraz cytowane przez niego, co jakiś czas, fragmenty "Notatnika z rozdartego podbrzusza" (przedstawiające czasem ważne, czasem mniej ważne  wydarzenia z ostatnich kilku lat) niczego go nie nauczyły, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy, czym tak naprawdę jest III RP, jakby wychodził z założenia, że 4 czerwca 1989 w Polsce skończył się komunizm i dopiero prywatne śledztwo w sprawie zakatowania Tomasza Miteńki powoli uświadamiało go, w jakim kłamstwie żył dotychczas.

W skali od 1 do 10. Mogę ocenić "Szwy" najwyżej na 3 (Słaba). Szkoda, ponieważ dawno się tak nie napaliłem i nie zostałem jednocześnie tak rozczarowany. Uważam, że do poruszonego przez Wacława Holewińskiego tematu znacznie więcej wnoszą powieści Bronisława Wildsteina, Tadeusza Płużańskiego czy Waldemara Łysiaka. Jestem w posiadaniu kilku, kilkunastu e-booków wymienionych autorów, więc jeśli ktoś jest zainteresowany, to proszę dać znać :)

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

środa, 18 grudnia 2013

Kto jest szkodnikiem III RP?

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie wypowiedź Donalda T., który stwierdził, że Antoni Macierewicz szkodzi Polsce. Jak wiemy Donald T., to człowiek przyzwoity, dlatego pozwolę sobie dzisiaj odpowiedzieć na pytanie: kim w związku z tym (oprócz Antoniego Macierewicza) są szkodnicy systemu III RP?


Jeden z przywódców jakobinów - Louis de Saint-Just (zwany Aniołem Śmierci) - powiedział pod koniec XVIII wieku: "Nie ma wolności dla wrogów wolności".

W systemie III RP hasło to znalazło całkiem niemały poklask i jest przestrzegane niczym jedno z przykazań Dekalogu przez establishment oraz wiele innych ośrodków, których wymienienie może grozić surowym ukaraniem.

Temat wrogów wolności, pospolicie nazywanych faszystami, od 1989 roku jest jednym z dominujących tematów, którym z co najmniej niemalejącym uporem karmią nas mediodajnie z "Gazetą Wyborczą" na czele. Któż zasługuje w III RP na takie miano? Kto jest "zagrożeniem dla demokracji"? Kogo trzeba wytknąć palcem, wyśmiać, potępić, zmarginalizować?
Mimo, że wielu czytelników pomyśli, że to pytania retoryczne, to jednak pozwolę sobie na nie odpowiedzieć.

Wrogiem wolności, faszystą, szkodnikiem jest każdy, kto nie jest dostatecznie zmanipulowany przez media głównego nurtu; każdy, kto nie jest dostatecznie zachwycony systemem III RP; każdy, kto ośmiela się posiadać i wygłaszać własne, odmienne zdanie i wiele innych osób, które ośmielają się popełniać stworzoną w książce "Rok 1984" przez George'a Orwella "myślozbrodnię".

Do takich ludzi należą niewątpliwie ci, którzy mówią o swoim patriotyzmie. Dzisiejszy patriotyzm nie ma bowiem nic wspólnego z reliktami przeszłości, jakimi kierowali się powstańcy, piłsudczycy, AK-owcy, NSZ-owcy, żołnierze wyklęci, opozycjoniści "Solidarności" etc. takimi jak oddanie własnej ojczyźnie, gotowość do jej obrony, pracowanie dla jej dobra a nierzadko poświęcanie dla niej zdrowia i życia. Dzisiaj prawdziwym patriotą według wykładni Donalda T. jest człowiek, który płaci podatki, posyła dzieci do szkoły, uprawia ogródek, wyprowadza psa na spacer i sprząta po nim kupy.

Szkodnikiem jest każdy, kto wyraża swoje wątpliwości na temat działalności Unii Europejskiej. Każde bowiem prawo stworzone "na Zachodzie" jest stokroć lepsze niż prawo polskie. Dlaczego? Ponieważ Unia nam płaci a wszystko w systemie III RP jest tylko kwestią odpowiedniej ceny.

Idąc tym przykładem pojawiają się kolejni szkodnicy, którzy są przeciwnikami in vitro, aborcji i eutanazji na życzenie, związków homoseksualnych, gender i wszystkich innych lewackich "praw i wolności". Czym są bowiem te lewackie "prawa i wolności" przez niektórych nazywane "ideałami"? Są niczym innym jak sposobem na osiągnięcie szczęścia, przez każdego, kto z jakichkolwiek powodów jest nieszczęśliwy.
Jak napisałem w komentarzu u Teorii Życia:
"Dzisiaj argument "SZCZĘŚCIA" jest chyba najważniejszym argumentem genderowców i ogólnie pojętego lewactwa. Homoseksualizm - geje muszą szczęśliwie i "godnie" kopulować. Eutanazja - chory musi szczęśliwie umrzeć. In vitro - każdy ma prawo do dziecka. Aborcja - kobieta decyduje o tym, co ma w brzuchu etc.
Wypadałoby zapytać czy na przykład, jeśli ktoś ma nieodpartą potrzebę mordowania ze szczególnym okrucieństwem to również w ramach jego szczęścia nie pozwolić mu na to...
Od jakiegoś czasu oprócz gender Pali-cioty pracują również nad legalizacją pedofilii. Jestem jednak jakoś dziwnie spokojny, że to nie ostatnie słowo lewaków w tego typu "walce". Niedługo zostaniemy "uświadomieni" jak wielkim dobrem jest klonowanie a tworzenie ludzko-zwierzęcych hybryd rozwiąże problem nieśmiertelności i wszelkiego dobrobytu."


Ci wszyscy, którzy śmią traktować Żydów jak zwykłych ludzi i nie zgadzają się na mówienie o "polskich obozach zagłady" ani nie biją się w pierś na dźwięk słowa Jedwabne; ci wszyscy, którzy wyznają wartości katolickie i starają się nawracać innowierców; ci wszyscy, którzy popierają ideę lustracji i dekomunizacji; ci wszyscy, którzy czczą pamięć polskich bohaterów; ci wszyscy, którzy nie wierzą w oficjalną (rządową) wersję katastrofy smoleńskiej i wiele, wiele innych osób to szkodnicy III RP.

Każdy mógłby dopisać do wymienionych przeze mnie grup kolejne osoby. Powyższa "lista" jest bowiem bardzo subiektywna i bardzo przepraszam, jeśli kogoś na niej nie zamieściłęm. Nie da się jednak oprzeć jednemu wrażeniu, który nasuwa się prawdopodobnie każdemu, mianowicie:
"bycie przyzwoitym jest bardzo ryzykowne i jest to naprawdę trudny kawałek chleba".

Wszystkie zabiegi propagandowe, który są poddani ludzie, uważani przez wymienione przeze mnie na początku grupy za szkodników III RP mają za zadanie ich odczłowieczanie. Taki sam zabieg propagandowy stosowały hitlerowskie Niemcy w stosunku do żydów. Wmawiano wówczas, że Żydzi, to zwykłe insekty, które zagrażają państwu i każdemu z nas z osobna. To Żydzi byli odpowiedzialni za całe zło, jakie wówczas dotykało Niemców, więc Żydzi musieli ponieść za to karę. Jeśli dzisiaj obywateli Rzeczypospolitej Polskiej dzieli się na tych młodych, oświeconych, popierających PO, wielbiących autorytety moralne i chwalących sobie poziom życia pozwalający na przeżycie od pierwszego do pierwszego oraz na szkodników, których jak najszybciej trzeba wyeliminować, którzy są ciemną masą ciągle jątrzącą i przeszkadzającą w spokojnym życiu, to nie dziwmy się, że nasze społeczeństwo jest podzielone bardziej niż kiedykolwiek.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

niedziela, 8 grudnia 2013

Aparat Represji PRL cz.2

Madzia dzisiaj powiedziała do mnie, żebym "napisał w końcu coś na blogu". W związku z tym nie mam wyjścia :-)


Zamieszanie, które w tym tygodniu rozpoczął swoim paszkwilem na temat profesora Chrisa Cieszewskiego red. Tomasz Sekielski po raz kolejny pokazało jak wiele Polska straciła na oddaniu po roku 1989 MSW w ręce człowieka honoru generała Czesława Kiszczaka i jak wielkim żartem historii było to wszystko, co działo się w Polskim Sejmie w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku, kiedy to sprzymierzone siły postkomunistów, lewicy laickiej i "racjonalnej" części przedstawicieli obozu "Solidarności" zablokowały akcję lustracyjną.

W związku z tym postanowiłem dzisiaj napisać zapowiedzianą dawno temu kontynuację tekstu dotyczącego Aparatu Represji PRL.


Opublikowana w roku 1960 Instrukcja nr 03/60 z dnia 2 VII 1960 o podstawowych środkach i formach pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa podkreślała, że SB już nie powinna a musi korzystać z pomocy obywateli, przez co wprowadzone zostało do użycia pojęcie obywatelskiej pomocy. Osoby, które dobrowolnie, bez jakiegokolwiek przymusu ani formy zadośćuczynienia, wynagrodzenia etc przekazywały SB informacje nazywano pomocą samorzutną.
Jednak dużo większą rolę miały w tym przypadku odgrywać te osoby, do których mieli docierać funkcjonariusze SB. Instrukcja wyjaśniała, że w pierwszej kolejności chodzi o osoby "na których pomoc i dyskrecję można liczyć" oraz, że "zwykle będą to ludzie znani ze swojej pozytywnej postawy i przychylnego ustosunkowania się do władz państwowych".

Drugą grupą osób, do których mieli docierać funkcjonariusze SB, mieli być ludzie, "którzy z racji zajmowanego stanowiska zawodowego posiadają w zasadzie obowiązek meldowania o przejawach działalności przestępczej".

Trzecią grupę zainteresowania SB miały stanowić osoby, które miały stałą styczność z osobami i/lub zagadnieniami, którymi interesowało się SB.

W praktyce operacyjnej z trzech powyższych grup utworzono pomoc obywatelską. Mimo, że nie uwzględniono tego w Instrukcji..., to w praktyce operacyjnej używano podziału na: kontakt obywatelski (osoby pozytywnie ustosunkowane do PRL), kontakt poufny, kontakt służbowy (w obu przypadkach - osoby sprawujące funkcje i zajmujące stanowiska, którymi interesowali się funkcjonariusze SB).

Instrukcja nr 03/60 z dnia 2 VII 1960 o podstawowych środkach i formach pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa wprowadzała również po raz pierwszy podstawową kategorię Osobowych Źródeł Informacji, która zastąpiła agenta i informatora. Kategorią tą był TAJNY WSPÓŁPRACOWNIK, czyli osoba mająca bezpośrednie dotarcie do ludzi pozostających w zainteresowaniu operacyjnym SB i cieszących się zaufaniem uznanych za wrogie środowisk - dzięki czemu mogła ona wykonywać zlecane jej zadania.

Kolejne zmiany wprowadziła instrukcja z 1970 roku, która co prawda utrzymała kategorię tajnego współpracownika, jednak obywatelską pomoc zastąpiono w niej kontaktem służbowym i kontaktem operacyjnym. Do tego wprowadzono nową kategorię - konsultanta.

Tajni współpracownicy w latach 1970-1989 "to osoby celowo pozyskane do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa i wykonujące zadania w zakresie zapobiegania, rozpoznawania i wykrywania wrogiej działalności".

Kontakty służbowe
w latach 1970-1989 utrzymywano z pracownikami zakładów pracy, urzędów i innych instytucji a ich celem było głównie współdziałanie bezpieki i kierownictw tychże zakładów w zakresie ochrony interesów dyktatury panującej wówczas w Polsce.

W latach 1970-1989 kontakty operacyjne "z obywatelami nawiązuje się w celu zorganizowania wstępnych informacji interesujących SB w tych wszystkich wypadkach, gdy nie zachodzi potrzeba angażowania tajnych współpracowników. Kontakty operacyjne mogą być również wykorzystywane do sprawdzania wstępnych informacji otrzymywanych z innych źródeł".

Konsultanci SB w latach 1970-1989, to osoby zaangażowane do pomocy SB, które potrafiły wesprzeć bezpiekę specjalistyczną wiedzą.

W grudniu 1989 roku wprowadzono ostatnią instrukcję, która obowiązywała przez kilka następnych miesięcy do przełomu marca i kwietnia 1990 roku. Jako główną kategorię OZI utrzymano w niej tajnego współpracownika ("tajnym współpracownikiem jest osoba pozyskana do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa w celu uzyskiwania w sposób tajny informacji dla tej służby oraz realizacji innych zadań").

Wprowadzono również osobę informującą, bądź co bądź - nieoficjalnego konfidenta - która zastąpiła kontakty operacyjne jak i służbowe ("osoba informacyjna jest osobą, która doraźnie, w sposób tajny pomaga SB, w szczególności przez udzielenie informacji interesujących tę służbę, o osobach, zdarzeniach i zjawiskach").

Utrzymano również kategorię konsultanta, który wykorzystując swoją specjalistyczną wiedzę świadczył SB usługi w zakresie ocen, ekspertyz czy też tłumaczeń językowych, niezbędnych w działaniach operacyjnych.

W przyszłości na pewno będę jeszcze wracał do tematu OZI i całego aparatu represji PRL i opiszę np. jak werbowano ludzi, jednak kiedy to nastąpi? Tego nie wiem. Wiem jedno - nie obiecuję, ponieważ znowu nie wywiążę się z terminu :-)

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie!

wtorek, 29 października 2013

Między życiem doczesnym a życiem wiecznym



W piątek 1 listopada będziemy po raz kolejny obchodzić święto Wszystkich Świętych. Jak co roku w związku z tym dniem nachodzi mnie nastrój melancholii, zadumy i przemyśleń o tym co było, co jest i co będzie.

Każdy niejednokrotnie zadaje sobie lub innym pytanie: Co dzieje się z człowiekiem po śmierci? Odpowiedź na to pytanie, mimo że coraz mniej osób zdaje sobie z tego sprawę, zawiera w sobie również odpowiedzi na wiele innych pytań, takich jak np. Czy życie ludzkie ostatecznie ma jakiś sens czy jest zupełnie bezsensowne? Czy fundamentem rzeczywistości jest jakiś sens pierwotny i absolutny czy też sens pojawia się jedynie chwilowo, przemijająco i nietrwale w oceanie powszechnego i wszechogarniającego postępu? etc.
Wielcy mędrcy tego świata opowiadają nam dzisiaj o powstaniu Wszechświata i życia, które są przez nich sprowadzane do... przypadku. Wszechświat powstał przez przypadek, życie powstało przez przypadek. Przez przypadek planeta Ziemia znajduje się w tym a nie innym miejscu. Przez prawa fizyki wyglądają tak a nie inaczej. Przez przypadek komórki płodu czy to ludzkiego czy też zwierzęcego doskonale wiedzą, co mają robić w 2, 18 czy 30 tygodniu ciąży - jak się dzielić, co wykształcać etc.

Chrześcijanie a zwłaszcza katolicy, w przeciwieństwie do zwolenników "teorii przypadku" wiedzą, a wiedzą to (co trzeba podkreślić) od samego Boga, że:

"Na początku był Sens
a Sens był u Boga
i Bogiem był ów Sens."

Dlaczego zmieniłem powszechnie używane w tłumaczeniu powyższego fragmentu Ewangelii wg św. Jana "Słowo" na "Sens"? Ponieważ, co nie wszyscy wiedzą, grecki wyraz logos oznacza nie tylko "Słowo", ale również właśnie "Sens".
Jeśli zatem fundamentem całej, ogarniającej nas rzeczywistości jest Sens absolutny, który był u Boga, to człowiek pojawił się na tej Ziemi nieprzypadkowo. I to jest właśnie odpowiedź na pytanie o sens ludzkiego życia - nie jest ono przypadkiem i wbrew powszechnie wmawianej opinii - ma sens! Na każdym z nas spoczęła miłość samego Boga, który poprzez swoją śmierć na krzyżu wywołał każdego z nas z ciemności i dał obietnicę życia wiecznego. Dlatego też warto przypominać każdego dnia wszystkim chrześcijanom i nie tylko niesamowicie radosną prawdę o człowieku, który został stworzony na obraz Boga, że jest jedyną istotą na całej Ziemi, której Bóg chce dla niego samego.

W Księdze Mądrości czytamy: "Bóg śmierci nie stworzył". Co więc dzieje się z człowiekiem po śmierci? Według nauki Kościoła katolickiego przez śmierć wchodzimy w takie wymiary rzeczywistości, w których otwarcie na Boga przekracza wszelkie nasze doczesne wyobrażenia. Jak jednak wygląda ten "inny świat", którego doświadczymy po śmierci?
Święty Paweł apostoł napisał, że
"czego oko nie widziało ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie może ogarnąć, to przygotował Bóg tym, którzy go miłują".
Kiedy ktoś pyta czy w Niebie będzie miał swojego ukochanego psa, kota etc wówczas Pismo Święte odpowiada, że jeśli kogoś lub czegoś będzie ci brakowało do szczęścia, to na pewno znajdziesz je w Niebie.
Gdy jednak ktoś pyta czy spotkamy w Niebie naszych bliskich nawet jeśli relacje z nimi nie układały się nam najlepiej, to Pismo Święte odpowiada, że jeśli miłość Boga czyni nas zdolnymi do miłości bliźniego, to doskonała miłość Boga - a taka przecież miłość panuje w Niebie - czyni nas zdolnych do doskonałej miłości bliźniego. Dlatego też Pismo Święte mówi jasno, że niebiańska wspólnota nie będzie miała tych dwuznaczności, niedopowiedzeń, półsłówek, jakie dzisiaj niemalże każdy z nas doświadcza nawet w relacjach z najbliższymi. Jeśli jednak relacje z najbliższymi nie układają się nam najlepiej, to z całą pewnością wolno nam ufać, że w Niebie w końcu wraz ze swoimi bliskimi odnajdziemy się naprawdę.

Rzeczywistość po drugiej stronie to nie tylko niebiański Raj, ale również Piekło. Zapewne wiele osób zastanawiało się czy będą szczęśliwi w Raju wiedząc jednocześnie, że ich bliscy - mąż, żona, dzieci, rodzeństwo, rodzice etc - zostali potępieni w Piekle? Zapewne niejednokrotnie prawie każdy ksiądz usłyszał wypowiedziane z niepokojem słowa: "Przecież nie mógłbym być szczęśliwy w Niebie, gdyby ktoś bardzo mi bliski miał spędzić wieczność w Piekle". Ja sam jestem jednak przekonany, że Bóg jest miłością i że zależy mu na pewno jeszcze bardziej niż nam samym, aby nasi bliscy zostali zbawieni.

Ktoś może teraz zapytać: Skoro Bóg jest miłością, to po co stworzył Piekło? Piekło jest dobrowolnym i całkowitym zamknięciem się na miłość. Być może rację miał Adam Mickiewicz pisząc, że:

"Szatan wie, że Bóg wieczny i w sile niezmierny
Ale o tym zapomniał, że Bóg miłosierny".

Dając człowiekowi wolną wolę Bóg dał mu wybór między Niebem a Piekłem, między miłością a nienawiścią, między Nim Samym a szatanem i w mojej ocenie jest czymś naprawdę przerażającym to, że człowiek na wzór szatana może odrzucać Boga i całkowicie zamykać się na Jego miłość.

Jakiś czas temu w Klubie Ronina odbyła się debata na temat "Śmierci klinicznej". Poniżej zamieszcza link z tamtego spotkania. Zapraszam do obejrzenia.



PS. W weekend kontynuacja "Aparatu represji PRL".

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

piątek, 25 października 2013

Lech Kaczyński - Silny Prezydent, Uczciwa Polska


Wczoraj minęło 8 lat od momentu jak Polacy wybrali na swojego Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
W związku z tą małą rocznicą pozwolę sobie dzisiaj przypomnieć kulisy kampanii prezydenckiej, która doprowadziła Lecha Kaczyńskiego do tego zwycięstwa.

Afera Rywina, Afera Paliwowa oraz setki, jeśli nie tysiące innych mniejszych lub większych afer i nieprawidłowości bardzo szybko doprowadziły do kryzysu formacji politycznej, z której wywodził się ówczesny Prezydent III RP - Aleksander Kwaśniewski.
Establishment potrzebował na stanowisku głowy państwa kogoś takiego jak on. Kogoś, kto ładnie się uśmiechnie, kto będzie na każde jego zawołanie a jednocześnie kogoś budzącego zaufanie wśród obywateli. Jak to określił w "Polactwie" red. Ziemkiewicz - "LUDZKIEGO PANA".


Początkowo media przebijały się w spekulacjach na temat ewentualnego startu w wyborach prezydenckich w 2005 roku małżonki Aleksandra Kwaśniewskiego - Jolanty - oraz ówczesnego (i dla niektórych również współczesnego) guru polskiego "dziennikarstwa" - Tomasz Lisa. "Fakt", "Super Express" oraz inni przedstawiciele mediów prześcigali się w analizowaniu walorów dwójki tych "przyszłych kandydatów" oraz na publikowaniu wstępnych "sondaży", w których jednak częściej zwyciężała Jolanta Kwaśniewska. Definitywna odmowa zarówno pierwszej damy jak i byłego już wówczas szefa "Faktów" TVN zakończyła te spekulacje.

Swój epizod w połączeniu z dobrymi notowaniami w sondażach zaliczył śp. prof. Zbigniew Religa, jednak bardzo szybko jego miejsce w czołówce przyszłych kandydatów na urząd Prezydenta RP zajęli partyjni przywódcy z Lechem Kaczyńskim, Donaldem Tuskiem, Andrzejem Lepperem i Włodzimierzem Cimoszewiczem na czele. Pierwsi dwaj, jak pamiętamy, "starli się" potem w drugiej turze wyborów.


Wybory parlamentarne w roku 2001 oraz wybory samorządowe w roku 2002 rozpoczęły proces umacniania się na polskiej scenie politycznej dwóch, wówczas jeszcze, postsolidarnościowych partii - Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej.
Lech Kaczyński, wygrywając w bardzo dobrym stylu wybory na prezydenta Warszawy, miał bardzo dobrą pozycję wyjściową. Mimo całej fali krytyki, jaka po dzień dzisiejszy spada na niego za tamten okres zarządzał on stolicą w sposób zdecydowany, pomysłowy i odrzucający dalsze życie w układach Rywinlandu, oddając jednocześnie cześć bohaterom stolicy poprzez budowę Muzeum Powstania Warszawskiego i spektakularne obchody 60. rocznicy jego wybuchu.
Donald Tusk wygrywając w 2003 roku wybory na przewodniczącego PO coraz głośniej zaczął mówić o swoich prezydenckich ambicjach. Ówczesny wicemarszałek Sejmu nie miał jednak tak bezkrytycznego poparcia w szeregach swojej partii, jakie w szeregach PiS miał Lech Kaczyński.

Lech Kaczyński od początku propagował wartości, na których od zawsze się opierał, które zostały ujęte w hasło "Rodzina, Uczciwość, Przyszłość". Jeden z jego sloganów wyborczych "Lech Kaczyński - Prezydent IV Rzeczypospolitej" był jednocześnie związany z hasłami, jakimi w wyborach parlamentarnych wyróżniało się Prawo i Sprawiedliwość. Gdy doda się do tego również przedstawianie Lecha Kaczyńskiego jak prawdziwego patrioty i katolika oraz często poruszane przez niego tematy, do których przede wszystkim należały lustracja, dekomunizacja oraz niedostatek wartości narodowych mamy, jakby w pigułce, nie tylko obraz Lecha Kaczyńskiego w tej kampanii, ale obraz całego jego życia.

W przeciwieństwie do Lecha Kaczyńskiego Donald Tusk nie miał zbyt wiele do wyeksponowania ze swego życiorysu politycznego, dlatego też jego piarowcy próbując przypodobać się wyborcom tworzyli bardzo zręczne reklamówki, w których przypominano okres pracy fizycznej kandydata PO w PRL. Kampania Donalda Tuska poza tym kreowała go na wielkiego męża stanu, który jest otwarty na wszelki dialog oraz rozumiejący jak nikt inny wszelkie problemy społeczne. Opowiadanie o Gdańsku i piłce nożnej, spotkania z rolnikami (wówczas żaden nie zapytał "Jak żyć?"), spotkania z Angelą Merkel w Niemczech i Angeliką Borys na Białorusi, na które późniejszy premier się później niejednokrotnie powoływał oraz inne sprytne zabiegi marketingowe spowodowały, że poparcie dla kandydata PO rosło.


Nieznaczna przewaga Donalda Tuska nad Lechem Kaczyńskim po I turze wyborów zapowiadała ostrą walkę przed II turą.
Zarówno wyniki I tury wyborów prezydenckich jak i wyniki wyborów parlamentarnych odzwierciedlały, że Polacy wierzą w projekt IV RP i chcą, żeby doszedł on do skutku. Jednak upadek mitu koalicji PiS-PO niemalże zaraz po wyborach parlamentarnych spowodował coraz ostrzejszą krytykę spadkobierców Unii Demokratycznej i Unii Wolności oraz jej lidera - Donalda Tuska.
Sztab wyborczy Lecha Kaczyńskiego przed II turą skupił się na zderzeniu osobowości kandydatów. Eksponowanie dorobku Lecha Kaczyńskiego oraz przedstawianie go jako kandydata popierającego politykę socjalną były niekiedy miażdżące w porównaniu z mizernymi dokonaniami Donalda Tuska i doczepioną do niego etykietą liberała.
Dodatkowo trzeba powiedzieć, że ówczesny poseł PiS (dziś Solidarna Polska) Jacek Kurski podgrzał atmosferę wypuszczając do mediów informację o "dziadku z Wermachtu" Donalda Tuska. Sprawa została wyjaśniona (w rzeczywistości "dziadek" został wcielony przymusowo i zdezerterował), jednak gdy słuchało się bardzo pokrętnych i dziwnych tłumaczeń Donalda Tuska w głowach wielu niezdecydowanych wyborców zapewne zapalała się wówczas lampka z odpowiedzią na pytanie - skąd ta cała proniemiecka postawa Donalda Tuska.

Donald Tusk nie pozostawał dłużny. Obecna prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz wszelkimi sposobami próbowała niszczyć wizerunek Lecha Kaczyńskiego krzycząc na lewo i prawo, że PiS nie umie podzielić się władzą a sam Lech Kaczyński, jako Prezydent Warszawy nie dbał o hospicja. Chyba wówczas rozpoczęła się na poważnie kampania "straszenia PiS-em". Główni ówcześni politycy PO straszyli Polaków zdominowaniem najważniejszych ośrodków władzy przez "partię bliźniaków" przypisując im jednocześnie autorytarne a nawet dyktatorskie skłonności.

W całej tej wojnie na większe zdyskredytowanie przeciwnika obecnego premiera oskarżano o: skupianie się na reprezentacji elit gospodarczo-finansowych, chwiejność poglądów, zwycięstwo w pierwszej turze w więzieniach, poparcie ze strony symboli (post)komunizmu - Jerzego Urbana i Leszka Millera.
Lechowi Kaczyńskiemu zarzucano natomiast, że: jego radykalizm będzie miał złe skutki dla gospodarki, stanie się on "prezydentem wojny", brakuje mu zaufania do ludzi, w pierwszej turze wygrał w zakładach psychiatrycznych, popiera go Lepper.

Na finiszu kampanii lepiej prezentował się Lech Kaczyński. Po sześciu debatach między nim a Donaldem Tuskiem (trzy w TV, dwie w prasie, jedna w radio) nie można było odnotować jakiejś zasadniczej zmiany w ich poparciu. Wprawdzie większość sondaży wskazywała, że nieco lepiej wypadł w nich Tusk (był wyższy, młodszy, bardziej "medialny"), jednak komentarze ekspertów, dziennikarzy i speców od Piar każdorazowo doceniały wysiłek marketingowy sztabu Lecha Kaczyńskiego i samego kandydata, chociażby przez to, że tak "radykalny" kandydat tak dobrze panował nad emocjami, mimo prowokacyjnych pytań i zachowań ze strony swojego kontr-kandydata.

Rozmiękczenie wizerunku Lecha Kaczyńskiego, który w trakcie całej kampanii był prezentowany jako uśmiechnięty mąż i ojciec wraz z żoną, córką, zięciem i wnuczką przy jednoczesnym promowaniu go jako "odważnego szeryfa" okazało się strzałem w "10".
Na "Ostatnia prostej" kampanii sztab Donalda Tuska "poprawiał" jego wygląd na bilbordach poprzez zmniejszanie kontrastu, pogrubianie rys twarzy, zmianę koloru oczu etc. Sam Donald Tusk dawał do zrozumienia, że będzie kontynuował prezydenturę Aleksandra Kwaśniewskiego.

Jak wiemy w II turze wyborów zwyciężył w bardzo dobrym stylu Lech Kaczyński.

To zwycięstwo było również tryumfem jego brata - Jarosława - prezesa PiS, który w ostatnich tygodniach przed II turą wyborów nie udzielał się aktywnie w kampanii swojego brata. Lech Kaczyński dziękował nieobecnemu na wiecu Jarosławowi wygłaszając podczas wieczoru wyborczego słynne słowa: "Panie prezesie, melduję wykonanie zadania!"

Co działo się potem aż do pamiętnego sobotniego ranka 10 kwietnia 2010 roku każdy, kto ma mózg doskonale wie. Jednak dla przypomnienia wrzucam filmik ze spotkania z Sławomirem Kmiecikiem, na którym opowiadał on o swojej książce "Przemysł pogardy". Komu nie chce się oglądać, temu polecam wspomnianą książkę. Warto mieć, warto pokazywać ludziom dzisiaj w dalszym ciągu plujących na dorobek śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.



Na temat Lecha Kaczyńskiego jest jeszcze dużo do powiedzenia, dużo do przeanalizowania a jeszcze więcej do uświadomienia opinii publicznej, jednak jest to temat na następne teksty i książki.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

wtorek, 22 października 2013

Janusz Krasiński - "Cenzurowany Życiorys"

Miała być dzisiaj kontynuacja rozpoczętego przeze mnie wczoraj wątku o Osobowych Źródłach Informacji UB-SB. Miałem dzisiaj opisać "ewolucję" OZI, jaka miała miejsce w PRL po roku 1955, jednak napiszę o tym jutro. Dzisiaj po prostu muszę zamieścić film pt. "Życiorys cenzurowany" o śp. Panu Januszu Krasińskim.


Pewnie mało kto wie, kim był Pan Janusz Krasiński. Zupełnie mnie to nie dziwi, ponieważ w III RP pomniki stawia się takim ludziom jak Zygmunt Bauman, Stefan Michnik czy też innym, którzy kiedyś zbłądzili bądź walcząc z żołnierzami wyklętymi i "Solidarnością" byli zaciekłymi antykomunistami i patriotami.

Kim był natomiast Pan Janusz Krasiński?
Przekonajcie się sami.
Zapraszam do obejrzenia filmu "Cenzurowany Życiorys".



Warto zauważyć, że film powstał w roku 2007 - 5 lat przed śmiercią jednego z największych, w mojej ocenie, Polaków, którzy do końca byli wierni swoim zasadom i ideałom oraz którzy do końca swojego życia walczyli o to, "żeby Polska była Polską".
Pamiętam jak dziś smutek, który ogarnął mnie, gdy w październiku roku 2012 przeczytałem na internetowej stronie "Rzeczpospolitej" informację, że Pan Janusz nie żyje. Od razu zadzwoniłem do kilku znajomych, którzy, tak jak ja, są zachwyceni jego książkami, żeby ich o tym poinformować. Wszyscy nie dowierzali...

Poniżej zamieszczam jeszcze film ze spotkania, które odbyło się 27 lutego w Domu Kultury "Zacisze" w Warszawie, na którym wspominano tego wielkiego człowieka.

   

Dzisiaj, kilka dni po I rocznicy śmierci Pana Janusza, mam ogromną nadzieję, że już niedługo nadejdzie czas, kiedy ludzie tacy jak On nie będą postaciami anonimowymi dla większości społeczeństwa. Wierzę, że wszystko, czego Pan Janusz dokonał w swoim życiu nie pójdzie na marne, że Polacy w końcu się przebudzą i że PRL-bis umrze w końcu śmiercią naturalną robiąc miejsce dla silnej, zamożnej, sprawiedliwej i katolickiej Polski. Polski, o którą przez całe życie walczył Pan Janusz Krasiński.

Cześć i Chwała Bohaterom!

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

poniedziałek, 21 października 2013

Aparat Represji PRL cz.1

Przepraszam wszystkich za dość długą nieobecność. Mam nadzieję, że teraz będzie więcej czasu do nadrobienia wszystkich zaległości.

Tym postem chciałbym rozpocząć cykl kilku postów, które mam nadzieję, napiszę w krótszych odstępach czasu niż ostatnio miało to miejsce a ich tematem przewodnim będą Tajni Współpracownicy.
Powiem szczerze, że bardzo długo zabierałem się za pisanie tego posta. Chyba 2 albo 3 tygodnie temu zapowiedziałem go Krzysztofowi Klebachowi z "Klubu Gazety Polskiej Będzin II", jednak zawsze albo brakowało czasu, natchnienia albo dokumentów. Dzisiaj jednak zmobilizowała mnie do jego napisania audycja, jakiej wysłuchałem na NiepoprawneRadio.PL, pt. "Spotkanie autorskie: Sławomir Cenckiewicz, Antoni Macierewicz, Krzysztof Wyszkowski - 'Wałęsa. Człowiek z teczki'". Przejdźmy może jednak do rzeczy.


Lech Wałęsa był Tajnym Współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie "Bolek" - takie jest oficjalne stanowisko Instytutu Pamięci Narodowej. Tajny Współpracownik nie był jednak tylko i wyłącznie kapusiem, konfidentem czy też "romantycznym bohaterem", który został zmuszony do takiego postępowania, mimo że tak naprawdę tego nie chciał oraz (co jest chyba najczęściej podkreślane) nikomu swymi donosami krzywdy nie zrobił.

W lutym 1945 roku wydano "Instrukcję (tymczasową) [o] pozyskiwaniu, pracy i ewidencji agenturalno-informacyjnej sieci". Po raz pierwszy zostały wówczas zdefiniowane dwie kategorie OZI (Osobowych Źródeł Informacji) a były nimi: agent i rezydent.

W tejże "Instrukcji..." stwierdzono, że agentem jest człowiek "wierny" i "oddany" funkcjonariuszom UB. Rezydentem natomiast był agent, który przejmował od funkcjonariusza UB łączność z kilkoma innymi agentami. "Instrukcja..." informowała, że rezydent:
"musi się z nimi [agentami - przyp. Geolog] regularnie spotykać, przyjmować od nich agenturalne doniesienia i dawać im instrukcje z zlecenia. Z rezydentem spotyka się operacyjny pracownik, który przyjmuje od niego agenturalne doniesienia, zapoznaje się z nimi i wydaje przez rezydenta zlecenia i instrukcje do dalszej pracy dla każdego agenta oddzielnie".
Rezydenturą nazywano wówczas sieć agenturalną pozostającą na kontakcie określonego rezydenta.

15 sierpnia 1953 roku, rozkazem ministra bezpieczeństwa publicznego, wydano kolejną instrukcję, która doprecyzowała kwestię poruszone w sposób pobieżny 8 lat wcześniej. W porównaniu z poprzednią instrukcją doprecyzowała ona informacje, kim jest agent oraz wprowadzała nową kategorię współpracownika jakim był informator.

Według instrukcji z 1953 roku agent "miał być osobą, która bezpośrednio tkwiła w organizacji prowadzącej antysystemową działalność lub mogła uzyskać do niej bezpośredni dostęp".
W instrukcji z roku 1955 dodano dodatkowo informację mówiącą, że agent "powinien być wykorzystywany w zasadzie w rozpracowaniach operacyjnych oraz w sprawach operacyjnego sprawdzania - czyli w ramach poważniejszych działań resortu".

W odróżnieniu od agenta informator posiadał łączność z organizacją, która została uznana za wrogą lub potencjalnie zagrażała bądź mogła zagrażać komunistycznej dyktaturze. Informatorzy byli również werbowani w tak zwanych celach profilaktycznych, czyli w tym wypadku "do inwigilacji osób podejrzanych", "do operacyjnej ochrony obiektów specjalnych" itd.

Najprościej rzecz ujmując - różnica między agentem a informatorem polegała na tym, że agent tkwił w organizacji realnie walczącej z systemem, natomiast informator miał z nią jedynie kontakt lub należał do środowiska (delikatnie mówiąc) nieprzychylnego komunistom, ale nie przejawiającego aktywności. Zadanie informatora polegało w zasadzie tylko i wyłącznie na zbieraniu informacji. Agent zaś miał realne możliwości nie tylko dostarczania informacji, ale także realizowania zadań i inicjowania kombinacji operacyjnych.

Instrukcja z 1953 roku poza dodaniem informacji, że rezydent powinien kierować w zasadzie siecią informatorów a agentami tylko i wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach nie zmieniała w zasadzie w wypadku rezydentów niczego więcej. Dopiero instrukcja wydana 2 lata później podkreślała, że rezydentami powinni być tylko sprawdzeni członkowie lub kandydaci na członków PZPR.
Jeśli zaś chodzi o rezydenturę instrukcja z 1953 roku informowała, że powinna ona obejmować konkretny obiekt lub obszar, np. gminę, wioskę, urząd a nawet statek morski.

Od przełomu lat 40. i 50. funkcjonowała w praktyce operacyjnej kategoria kontaktu operacyjnego, która nie została ujęta w żadnej z dotychczas wymienionych instrukcji. Kontaktem operacyjnym była osoba, która nie podpisywała zobowiązania do współpracy i najczęściej nie oczekiwano od niej realizacji zleconych zadań (korzystano jedynie z jej naturalnych możliwości) a informacje najczęściej podawała ustnie. Kontaktami operacyjnymi najczęściej byli członkowie PZPR. Działo się tak ponieważ wprowadzono zakaz werbunku członków PZPR a określenie kogoś mianem kontaktu operacyjnego było prostym i wygodnym ominięciem owego zakazu.

Na dzisiaj chyba wystarczy. W następnym tekście zajmę się kolejnymi latami PRL i kolejnymi kategoriami osobowych źródeł informacji UB-SB a wierzcie mi - trochę jeszcze tego jest. Muszę jednak napisać kilka zdań o każdej z grup OZI, żeby móc przejść do opisu werbunku i zadań OZI.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

czwartek, 19 września 2013

Wolnych ludzi nic nie złamie...



Pewna gazeta, która swego promowała się znakiem "Solidarności" do dzisiaj stara się wmówić obywatelom RP, że okres IV RP, czyli de facto lata 2005-2007, to najgorszy, najbardziej totalitarny i najstraszniejszy czas w historii Polski.
Ta sama gazeta nazywa Żołnierzy Wyklętych leśnymi bandytami starając się przedstawić ich w jak najbardziej perfidnym świetle, jednocześnie gloryfikując polskich najeźdźców i oprawców.
Dzięki dobrym ludziom do głosu dochodzą również osoby, które chcą uczcić pamięć o bohaterach, którzy nigdy nie zostali złamani przez najeźdźcę czy to ze strony niemieckiej czy rosyjskiej. Pamięć o tych właśnie żołnierzach jest dzisiaj natchnieniem i motywacją dla wielu młodych ludzi i mimo, że w mediach głównego nurtu istnieje niepisany zakaz mówienia o nich w sposób pozytywny, to jednak coraz więcej pozytywnych wypowiedzi może się przebić do opinii publicznej.

Właśnie o jednym z Żołnierzy Wyklętych będzie dzisiejszy tekst. Od razu muszę zastrzec, że zdaję sobie sprawę, iż chyba nie jestem najodpowiedniejszą osobą do pisania tekstów tego typu, ale spróbuję.


W 1910 roku w Stryju (Austro-Węgry) urodził się Zygmunt Szendzielarz, którego zwłoki IPN odnalazł na wiosnę tego roku. Uczęszczał on najpierw do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, a następnie do Szkoły Podchorążych Kawalerii, po czym trafił do 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich. We wrześniu 1939 roku pułk ten został wcielony w skład Północnego Zgrupowania Odwodowej Armii "Prusy", a następnie Grupy Operacyjnej gen. Andersa. Porucznik Zygmunt Szendzielarz był wówczas dowódcą 2. szwadronu. Za swój udział w obronie Rzeczypospolitej podczas kampanii wrześniowej został odznaczony krzyżem Virtuti Militari V klasy.

Po wrześniowym zwycięstwie hitlerowców wstąpił on do Związku Walki Zbrojnej pod skrzydłami którego rozpoczął on organizację konspiracji na terenie Wileńszczyzny. W 1943 roku Zygmunt Szendzielarz (wówczas już "Łupaszka") został dowódcą pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego na Wileńszczyźnie, który później przekształcił się w V Wileńską Brygadę Armii Krajowej, która niedługo potem stała się najliczniejszą i najsilniejszą brygadą AK na Wileńszczyźnie. W uznaniu zasług, w styczniu 1944 roku, Komendant Okręgu Wileńskiego AK, pułkownik Aleksander Krzyżanowski (pseudonim "Wilk"), odznaczył "Łupaszkę" Krzyżem Walecznych.

Mimo rozkazu o demobilizacji Zygmunt "Łupaszka" Szendzielarz pozostał w konspiracji i podjął dalszą walkę z sowieckim najeźdźcą i służącymi mu polskimi zdrajcami. Dane, którymi aktualnie dysponują polscy historycy pozwalają stwierdzić, że w latach 1945-1948 oddziały, wówczas już majora "Łupaszki" rozbiły kilkanaście placówek Armii Czerwonej, około 60 posterunków MO, kilka placówek UBP i posterunków SOK, a także zlikwidowały około 200 funkcjonariuszy i oficerów NKWD, UBP, MO i Armii Czerwonej.

Oprócz akcji zbrojnych major "Łupaszka" prowadził również akcję propagandową - brał udział w redagowaniu, powielaniu i rozpowszechnianiu wśród ludności cywilnej ulotek o treści antykomunistycznej. Poniżej fragment jednej z tych ulotek z marca 1946 roku:
"(...) Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. (...) My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości".

30 czerwca 1948 roku major Szendzielarz został aresztowany w Osielcu pod Zakopanem i natychmiast przetransportowany do aresztu śledczego na Rakowieckiej w Warszawie, w którym to spędził 2,5 roku. W listopadzie 1950 roku rozpoczął się proces "Łupaszki" oraz innych byłych członków Okręgu Wileńskiego AK. Przewodniczącym składu sędziowskiego w tym procesie był były żołnierz AK, a potem wyjątkowo dyspozycjyjny i wierny komunista oraz nieprzeciętnie krwawy i brutalny stalinowski sędzia - Mieczysław Widaj (zmarł w 2008 roku pobierając 9 tys zł emerytury i nigdy nie odpowiadając za swoje wyroki). Wszyscy oskarżeni w tym procesie z wyjątkiem kobiet zostali skazani na śmierć.

Wieczorem 8 lutego 1951 roku major Zygmunt "Łupaszka" Szendzielarz został stracony w więzieniu na Mokotowie. Zarówno w śledztwie jak i przed egzekucją zachował godną, prawdziwie patriotyczną postawę, m. in. nie prosząc komunistów o łaskę.

Przez cały okres PRL major Szendzielarz był przedstawiany w jak najgorszym świetle. Bandyta, zdrajca, faszysta - to tylko niektóre epitety na jego temat, które można było usłyszeć bądź przeczytać w reżimowych mediodajniach. Prawdziwą twarz "Łupaszki" można było poznać tylko na emigracji, np. paryskie "Zeszyty Historyczne" opublikowały w odcinkach jego biografię, a Kazimierz Sabbat -  prezydent Polski na Uchodźstwie - w 1988 roku odznaczył majora Krzyżem Złotym Orderu Virtuti Militari.
Dopiero po roku 1989 Polacy mieszkający między Odrą a Bugiem mogli poznać prawdę o polskim bohaterze. W 1993 roku Zygmunt Szendzielarz został oczyszczony przez sąd III RP ze wszystkich postawionych mu przez komunistów zarzutów, natomiast w roku 2007 odznaczył "Łupaszkę" Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski - za wybitne zasługi dla niepodległości RP.
Pośmiertna rehabilitacja, która została dokonana 20 lat temu dalej spędza sen z powiek spadkobiercom tamtego systemu a pamięć o polskich bohaterach, którzy zostali przez nich zamordowani czy to po II Wojnie Światowej czy też po roku 1956 jest jedną z najpotężniejszych broni ludzi, którzy nie zgadzają się z proponowaną przez nich drogą, którą ma podążać Polska.

W książce Tadeusza Płużańskiego pt. "Bestie" (na podstawie której w dużej mierze powstał powyższy tekst) znajdują się fragmenty przygotowanego w 2006 przez Posłów PiS z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu projektu uchwały mającej na celu uczczenie w 55. rocznicę śmierci majora "Łupaszki". Oto kilka z nich:
"55 lat temu, 8 lutego 1951 roku, zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka". Żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swoją służbę dwukrotnie odznaczony orderem Virtuti Militari".

"Oddziały utworzone przez majora "Łupaszkę" przeprowadziły w latach 1945-1952 około 450 akcji zbrojnych. W jednostkach podległych majorowi "Łupaszce" panowała wzorowa dyscyplina. Zwalczały one nie tylko komunistyczny aparat bezpieczeństwa, ale także chroniły ludność przed pospolitymi bandytami".

"W latach 1943–1944 5. Wileńska Brygada Armii Krajowej stoczyła kilkadziesiąt bitew. Oddział majora "Łupaszki" prowadził krwawe walki z wojskami hitlerowskimi, z pozostającymi w służbie III Rzeszy formacjami litewskimi oraz z sowiecką partyzantką terroryzującą Polaków. W czasie tych działań Zygmunt Szendzielarz zdobył sobie zaszczytną opinię znakomitego dowódcy, a 5. Brygada w uznaniu poniesionych ofiar zyskała miano »Brygady Śmierci«".

"Major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" stał się symbolem niezłomnej walki o Niepodległą Polskę, jaką toczyli "Żołnierze Wyklęci" - żołnierze antykomunistycznego ruchu oporu z organizacji Wolność i Niezawisłość, Armii Krajowej na Kresach Wschodnich, Ośrodka Mobilizacyjnego Wileńskiego Okręgu AK, Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, Ruchu Oporu Armii Krajowej, Konspiracyjnego Wojska Polskiego i dziesiątek innych organizacji; podkomendni podpułkownika "Kotwicza", podporucznika "Zagończyka", kapitana "Młota", majora "Orlika", majora "Zapory", kapitana "Warszycy", majora "Ognia", kapitana "Bartka" i wielu innych, których żołnierski szlak kończyła śmierć w nierównej walce z komunistycznymi siłami bezpieczeństwa bądź ubecki strzał w tył głowy. Niech polska ziemia utuli ich do spokojnego snu. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, czczącej Ich pamięć, stwierdza, że "Zołnierze Wyklęci", dobrze zasłużyli się Ojczyźnie".

Mógłbym na koniec przytoczyć całe bicie piany, jakie w związku z projektem powyższej uchwały zafundowała społeczeństwu postkomuna od jednej z największych komunistycznych gadzinówek, jaką jest "Trybuna" a na "Gazecie Wyborczej" kończąc... Mógłbym przytoczyć wypowiedzi spadkobierców PZPR, czyli SLD... Mógłbym tylko, po co tak naprawdę przytaczać wypowiedzi ludzi, dla których bohaterami są np. Zygmunt Bauman, Stefan Michnik, Wojciech Jaruzelski i inni zbrodniarze?


Obyśmy doczekali dnia, w którym tacy ludzi jak major Zygmunt "Łupaszka" Szendzielarz doczekają się w wolnej Polsce uroczystych pogrzebów ze wszystkimi honorami - takich na jakie zasłużyli bohaterowie.

Między innymi ze względu na pamięć o ofiarach komunizmu lata 2005-2007 w historii Polski zostały nazwane przez główne ośrodki medialne tak jak napisałem to na początku tego tekstu. Mając jednak wybór między "Żołnierzami Wyklętymi" PiS a stalinowcami, SB-kami i resztą komunistycznych zbrodniarzy, którzy dzisiaj dorobili się tytułów profesorów, ogromnych majątków, statusu autorytetów moralnych lansowanych przez obecną władzę - zawsze wybiorę tych pierwszych i wiem, że nie jestem sam.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie