Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SB. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2013

Aparat Represji PRL cz.2

Madzia dzisiaj powiedziała do mnie, żebym "napisał w końcu coś na blogu". W związku z tym nie mam wyjścia :-)


Zamieszanie, które w tym tygodniu rozpoczął swoim paszkwilem na temat profesora Chrisa Cieszewskiego red. Tomasz Sekielski po raz kolejny pokazało jak wiele Polska straciła na oddaniu po roku 1989 MSW w ręce człowieka honoru generała Czesława Kiszczaka i jak wielkim żartem historii było to wszystko, co działo się w Polskim Sejmie w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku, kiedy to sprzymierzone siły postkomunistów, lewicy laickiej i "racjonalnej" części przedstawicieli obozu "Solidarności" zablokowały akcję lustracyjną.

W związku z tym postanowiłem dzisiaj napisać zapowiedzianą dawno temu kontynuację tekstu dotyczącego Aparatu Represji PRL.


Opublikowana w roku 1960 Instrukcja nr 03/60 z dnia 2 VII 1960 o podstawowych środkach i formach pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa podkreślała, że SB już nie powinna a musi korzystać z pomocy obywateli, przez co wprowadzone zostało do użycia pojęcie obywatelskiej pomocy. Osoby, które dobrowolnie, bez jakiegokolwiek przymusu ani formy zadośćuczynienia, wynagrodzenia etc przekazywały SB informacje nazywano pomocą samorzutną.
Jednak dużo większą rolę miały w tym przypadku odgrywać te osoby, do których mieli docierać funkcjonariusze SB. Instrukcja wyjaśniała, że w pierwszej kolejności chodzi o osoby "na których pomoc i dyskrecję można liczyć" oraz, że "zwykle będą to ludzie znani ze swojej pozytywnej postawy i przychylnego ustosunkowania się do władz państwowych".

Drugą grupą osób, do których mieli docierać funkcjonariusze SB, mieli być ludzie, "którzy z racji zajmowanego stanowiska zawodowego posiadają w zasadzie obowiązek meldowania o przejawach działalności przestępczej".

Trzecią grupę zainteresowania SB miały stanowić osoby, które miały stałą styczność z osobami i/lub zagadnieniami, którymi interesowało się SB.

W praktyce operacyjnej z trzech powyższych grup utworzono pomoc obywatelską. Mimo, że nie uwzględniono tego w Instrukcji..., to w praktyce operacyjnej używano podziału na: kontakt obywatelski (osoby pozytywnie ustosunkowane do PRL), kontakt poufny, kontakt służbowy (w obu przypadkach - osoby sprawujące funkcje i zajmujące stanowiska, którymi interesowali się funkcjonariusze SB).

Instrukcja nr 03/60 z dnia 2 VII 1960 o podstawowych środkach i formach pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa wprowadzała również po raz pierwszy podstawową kategorię Osobowych Źródeł Informacji, która zastąpiła agenta i informatora. Kategorią tą był TAJNY WSPÓŁPRACOWNIK, czyli osoba mająca bezpośrednie dotarcie do ludzi pozostających w zainteresowaniu operacyjnym SB i cieszących się zaufaniem uznanych za wrogie środowisk - dzięki czemu mogła ona wykonywać zlecane jej zadania.

Kolejne zmiany wprowadziła instrukcja z 1970 roku, która co prawda utrzymała kategorię tajnego współpracownika, jednak obywatelską pomoc zastąpiono w niej kontaktem służbowym i kontaktem operacyjnym. Do tego wprowadzono nową kategorię - konsultanta.

Tajni współpracownicy w latach 1970-1989 "to osoby celowo pozyskane do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa i wykonujące zadania w zakresie zapobiegania, rozpoznawania i wykrywania wrogiej działalności".

Kontakty służbowe
w latach 1970-1989 utrzymywano z pracownikami zakładów pracy, urzędów i innych instytucji a ich celem było głównie współdziałanie bezpieki i kierownictw tychże zakładów w zakresie ochrony interesów dyktatury panującej wówczas w Polsce.

W latach 1970-1989 kontakty operacyjne "z obywatelami nawiązuje się w celu zorganizowania wstępnych informacji interesujących SB w tych wszystkich wypadkach, gdy nie zachodzi potrzeba angażowania tajnych współpracowników. Kontakty operacyjne mogą być również wykorzystywane do sprawdzania wstępnych informacji otrzymywanych z innych źródeł".

Konsultanci SB w latach 1970-1989, to osoby zaangażowane do pomocy SB, które potrafiły wesprzeć bezpiekę specjalistyczną wiedzą.

W grudniu 1989 roku wprowadzono ostatnią instrukcję, która obowiązywała przez kilka następnych miesięcy do przełomu marca i kwietnia 1990 roku. Jako główną kategorię OZI utrzymano w niej tajnego współpracownika ("tajnym współpracownikiem jest osoba pozyskana do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa w celu uzyskiwania w sposób tajny informacji dla tej służby oraz realizacji innych zadań").

Wprowadzono również osobę informującą, bądź co bądź - nieoficjalnego konfidenta - która zastąpiła kontakty operacyjne jak i służbowe ("osoba informacyjna jest osobą, która doraźnie, w sposób tajny pomaga SB, w szczególności przez udzielenie informacji interesujących tę służbę, o osobach, zdarzeniach i zjawiskach").

Utrzymano również kategorię konsultanta, który wykorzystując swoją specjalistyczną wiedzę świadczył SB usługi w zakresie ocen, ekspertyz czy też tłumaczeń językowych, niezbędnych w działaniach operacyjnych.

W przyszłości na pewno będę jeszcze wracał do tematu OZI i całego aparatu represji PRL i opiszę np. jak werbowano ludzi, jednak kiedy to nastąpi? Tego nie wiem. Wiem jedno - nie obiecuję, ponieważ znowu nie wywiążę się z terminu :-)

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie!

poniedziałek, 21 października 2013

Aparat Represji PRL cz.1

Przepraszam wszystkich za dość długą nieobecność. Mam nadzieję, że teraz będzie więcej czasu do nadrobienia wszystkich zaległości.

Tym postem chciałbym rozpocząć cykl kilku postów, które mam nadzieję, napiszę w krótszych odstępach czasu niż ostatnio miało to miejsce a ich tematem przewodnim będą Tajni Współpracownicy.
Powiem szczerze, że bardzo długo zabierałem się za pisanie tego posta. Chyba 2 albo 3 tygodnie temu zapowiedziałem go Krzysztofowi Klebachowi z "Klubu Gazety Polskiej Będzin II", jednak zawsze albo brakowało czasu, natchnienia albo dokumentów. Dzisiaj jednak zmobilizowała mnie do jego napisania audycja, jakiej wysłuchałem na NiepoprawneRadio.PL, pt. "Spotkanie autorskie: Sławomir Cenckiewicz, Antoni Macierewicz, Krzysztof Wyszkowski - 'Wałęsa. Człowiek z teczki'". Przejdźmy może jednak do rzeczy.


Lech Wałęsa był Tajnym Współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie "Bolek" - takie jest oficjalne stanowisko Instytutu Pamięci Narodowej. Tajny Współpracownik nie był jednak tylko i wyłącznie kapusiem, konfidentem czy też "romantycznym bohaterem", który został zmuszony do takiego postępowania, mimo że tak naprawdę tego nie chciał oraz (co jest chyba najczęściej podkreślane) nikomu swymi donosami krzywdy nie zrobił.

W lutym 1945 roku wydano "Instrukcję (tymczasową) [o] pozyskiwaniu, pracy i ewidencji agenturalno-informacyjnej sieci". Po raz pierwszy zostały wówczas zdefiniowane dwie kategorie OZI (Osobowych Źródeł Informacji) a były nimi: agent i rezydent.

W tejże "Instrukcji..." stwierdzono, że agentem jest człowiek "wierny" i "oddany" funkcjonariuszom UB. Rezydentem natomiast był agent, który przejmował od funkcjonariusza UB łączność z kilkoma innymi agentami. "Instrukcja..." informowała, że rezydent:
"musi się z nimi [agentami - przyp. Geolog] regularnie spotykać, przyjmować od nich agenturalne doniesienia i dawać im instrukcje z zlecenia. Z rezydentem spotyka się operacyjny pracownik, który przyjmuje od niego agenturalne doniesienia, zapoznaje się z nimi i wydaje przez rezydenta zlecenia i instrukcje do dalszej pracy dla każdego agenta oddzielnie".
Rezydenturą nazywano wówczas sieć agenturalną pozostającą na kontakcie określonego rezydenta.

15 sierpnia 1953 roku, rozkazem ministra bezpieczeństwa publicznego, wydano kolejną instrukcję, która doprecyzowała kwestię poruszone w sposób pobieżny 8 lat wcześniej. W porównaniu z poprzednią instrukcją doprecyzowała ona informacje, kim jest agent oraz wprowadzała nową kategorię współpracownika jakim był informator.

Według instrukcji z 1953 roku agent "miał być osobą, która bezpośrednio tkwiła w organizacji prowadzącej antysystemową działalność lub mogła uzyskać do niej bezpośredni dostęp".
W instrukcji z roku 1955 dodano dodatkowo informację mówiącą, że agent "powinien być wykorzystywany w zasadzie w rozpracowaniach operacyjnych oraz w sprawach operacyjnego sprawdzania - czyli w ramach poważniejszych działań resortu".

W odróżnieniu od agenta informator posiadał łączność z organizacją, która została uznana za wrogą lub potencjalnie zagrażała bądź mogła zagrażać komunistycznej dyktaturze. Informatorzy byli również werbowani w tak zwanych celach profilaktycznych, czyli w tym wypadku "do inwigilacji osób podejrzanych", "do operacyjnej ochrony obiektów specjalnych" itd.

Najprościej rzecz ujmując - różnica między agentem a informatorem polegała na tym, że agent tkwił w organizacji realnie walczącej z systemem, natomiast informator miał z nią jedynie kontakt lub należał do środowiska (delikatnie mówiąc) nieprzychylnego komunistom, ale nie przejawiającego aktywności. Zadanie informatora polegało w zasadzie tylko i wyłącznie na zbieraniu informacji. Agent zaś miał realne możliwości nie tylko dostarczania informacji, ale także realizowania zadań i inicjowania kombinacji operacyjnych.

Instrukcja z 1953 roku poza dodaniem informacji, że rezydent powinien kierować w zasadzie siecią informatorów a agentami tylko i wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach nie zmieniała w zasadzie w wypadku rezydentów niczego więcej. Dopiero instrukcja wydana 2 lata później podkreślała, że rezydentami powinni być tylko sprawdzeni członkowie lub kandydaci na członków PZPR.
Jeśli zaś chodzi o rezydenturę instrukcja z 1953 roku informowała, że powinna ona obejmować konkretny obiekt lub obszar, np. gminę, wioskę, urząd a nawet statek morski.

Od przełomu lat 40. i 50. funkcjonowała w praktyce operacyjnej kategoria kontaktu operacyjnego, która nie została ujęta w żadnej z dotychczas wymienionych instrukcji. Kontaktem operacyjnym była osoba, która nie podpisywała zobowiązania do współpracy i najczęściej nie oczekiwano od niej realizacji zleconych zadań (korzystano jedynie z jej naturalnych możliwości) a informacje najczęściej podawała ustnie. Kontaktami operacyjnymi najczęściej byli członkowie PZPR. Działo się tak ponieważ wprowadzono zakaz werbunku członków PZPR a określenie kogoś mianem kontaktu operacyjnego było prostym i wygodnym ominięciem owego zakazu.

Na dzisiaj chyba wystarczy. W następnym tekście zajmę się kolejnymi latami PRL i kolejnymi kategoriami osobowych źródeł informacji UB-SB a wierzcie mi - trochę jeszcze tego jest. Muszę jednak napisać kilka zdań o każdej z grup OZI, żeby móc przejść do opisu werbunku i zadań OZI.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

wtorek, 30 lipca 2013

PRL - domniemane samobójstwa cz.2


Miałem dziś napisać post dotyczący Powstania Warszawskiego, jednak uznałem, że w tym tygodniu można i będzie można przeczytać tak wiele tekstów na ten temat (między innymi w tygodniku rybackim "SIECI"), że postanowiłem kontynuować wątek poruszony przeze mnie 10 stycznia 2013 roku, czyli "PRL - domniemane samobójstwa cz.1".

Tak jak poprzednio napisałem - zostaną przeze mnie opisane kolejne "dziwne" samobójstwa polskich opozycjonistów doby PRL, które miały miejsce po 13 grudnia 1981 roku. Ten wpis, tak jak poprzedni ciągu dedykuję te politykom i sympatykom spadkobierców PZPR, czyli Sojuszowi Lewicy Demokratycznej.

Trzy przypadki, które zostaną niżej przedstawione są bezsprzecznie związane z polityką. O ile, w poprzednio opisywanych przypadkach czasem nie było to aż tak oczywiste, to tutaj jest to fakt nie do obalenia. Niżej opisani "samobójcy", byli bowiem czynnie zaangażowani w działalność opozycyjną i niepodległościową, a także byli oni "rozpracowywani" przez organy MSW.

Śp. Zbigniew Simoniuk
Człowiek ten był na tyle "bezczelny", aby dwukrotnie zgłosić porwania, których według jego zeznań dokonali towarzysze z MO. W obu tych przypadkach nie udało mu się jednak niczego wskórać, ponieważ "niezawisły sąd PRL" skupił się tylko i wyłącznie na udowadnianiu ponad wszelkie zgromadzone dowody i zeznania, że zarzuty Zbigniewa Simoniuka są fałszywe. W ramach drugiego z tych postępowań przyjęto nawet, że Pan Simoniuk dopuścił się przestępstwa z art 241 § 1. "Kto bez zezwolenia rozpowszechnia publicznie wiadomości z postępowania przygotowawczego, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.", przez co zastosowano wobec niego tymczasowe aresztowanie, a następnie skazano na karę łączną 2 lat pozbawienia wolności. W "skład" tej kary wchodził również wyrok za dwukrotne samo uwolnienie ze szpitali psychiatrycznych, w których Zbigniew Simoniuk był bezzasadnie osadzany na obserwacje w trakcie postępowania przygotowawczego. W trakcie procesu "sędzia" Leszek Kudrycki nie zareagował na oświadczenie obrońcy Z. Simoniuka, iż dokonano w jego mieszkaniu przeszukania i zakwestionowano szereg dokumentów koniecznych do obrony jego klienta.
Postępowanie w sprawie śmierci Z. Simoniuka toczyło się tylko i wyłącznie pod kątem zbierania dowodów mających udowodnić za wszelką cenę tezę o samobójczej przyczynie zgonu. Prokurator prowadzący postępowanie - Henryk Trawid - odstąpił od przesłuchania członków załogi karetki pogotowania ratunkowego udzielającej pomocy Z. Simoniukowi. Odstąpił on również od przesłuchania współwięźniów, z którymi przebywał domniemany samobójca w Areszcie Śledczym w Białymstoku a nawet nie pozwolił na przeprowadzenie eksperymentu symulującego próbę samobójstwa przez powieszenie.

Śp. Kazimierz Majewski
W przypadku tego postępowania "nie stwierdzono przestępstwa", dlatego zostało ono umorzone. Bezpośrednio przed śmiercią Pan Kazimierz był przez kilka kolejnych dni wzywany na przesłuchania do Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Jeleniej Górze. W czasie tych przesłuchań stosowano wobec niego przymus i terror psychiczny, co zapewne miało niebagatelne znaczenie w targnięciu się przez niego na własne życie. W postępowaniu nie przesłuchano wszystkich świadków, którymi byli funkcjonariusze SB, którzy przesłuchiwali Pana Kazimierza, ponieważ WUSW w Jeleniej Górze odmówił podania ich nazwisk, powołując się przy tym na tajemnicę państwową, ponieważ podobno chodziło o pracowników kontrwywiadu. Należy podkreślić, że śledztwo prowadzone przeciwko K. Majewskiemu było związane z zamiarem założenia koła Polskiego Związku Katolicko-Społecznego - stowarzyszenia wówczas zawieszonego. Należy więc się zastanowić czy dlatego był on przesłuchiwany przez funkcjonariuszy kontrwywiadu PRL? Czy była to aż tak niebezpieczna organizacja?

Śp. Jadwiga Kryńska
Pani Jadwiga na 4 dni przed śmiercią została zatrzymana pod zarzutem prowadzenia nielegalnej działalności. Zwolniono ją po 48 godzinach. Po wyjściu z aresztu skarżyła się na bóle brzucha, w związku z którymi umieszczona została w szpitalu. Lekarz, który z nią rozmawiał około 20 minut przed śmiercią stwierdził, że była bardzo zdenerwowana, dlatego dał jej środek uspokajający, jednak nie zauważył w jej zachowaniu absolutnie nic, co wskazywałoby na zamiary samobójcze. Tam też wyskoczyła przez okno. Do dziś nie wyjaśniono, jakie miały być motywy tego samobójstwa.

Postępowania prowadzone w opisanych wyżej i w poprzednim poście sprawach nie miały na celu ustalenia ewentualnej odpowiedzialności funkcjonariuszy MSW. Tymczasem w przytoczonych przeze mnie przykładach można śmiało postawić (hipo)tezę, że w każdym z tych "samobójstw" mieli oni jakiś udział.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

poniedziałek, 13 maja 2013

Zamach na Papieża - rola SB i KGB

Przepraszam wszystkich Czytelników za długą nieobecność. Mam nadzieję, że dzisiejszym tekstem choć trochę wynagrodzę Wam to, że tak długo nic nie pisałem :-)


Dzisiaj mijają 32 lata od dnia, w którym Mahmet Ali Agca chciał zamordować Ojca Świętego, Papieża pochodzącego z Polski - Jana Pawła II. Muszę przyznać, że dziś wierzę tureckiemu płatnemu zabójcy, który wtedy na Placu Świętego Piotra bardzo ciężko ranił Ojca Świętego, że tak naprawdę nie wie, kto zlecił mu tą misję.

Od kilku lat IPN prowadzi badania i swego rodzaju śledztwo, mające na celu odpowiedzenie na niezwykle ważne pytanie, mianowicie: Czy służby aparatu represji bezpieczeństwa PRL były w jakikolwiek sposób zaangażowane w przygotowanie i/lub przebieg tego zamach?

Karol Wojtyła jako duchowny Kościoła polskiego i Biskup Watykanu był niemalże od zawsze jednym z głównych problemów polskiego Urzędu, a potem Służby Bezpieczeństwa. Pierwszy wpis w aktach UB dotyczący osoby Karola Wojtyły pochodzi z 1946 roku. W tym roku przyszły Papież, jako młody ksiądz udał się w swoją pierwszą podróż zagraniczną. Pierwsze maksimum zainteresowania osobą Karola Wojtyły wśród obrońców ludu pracującego można zauważyć na przełomie lat 60. i 70., kiedy to po zaskakująco szybkiej nominacji kardynalskiej okazuje się, że Kardynał Wojtyła jest jedną z najbardziej "wpływowych" postaci ówczesnej Stolicy Apostolskiej. Ówczesny Kardynał krakowski cieszył się bardzo dużą sympatią, zaufaniem, szacunkiem i osobistą przyjaźnią Papieża Pawła VI.
Mało tego - w 1972 roku szef krakowskiego Wydziału IV SB (w gwoli przypomnienia - komórki odpowiedzialnej za zwalczanie Kościoła katolickiego) płk. Władysław Żyła donosi do centrali w Warszawie o coraz częściej pojawiających się informacjach u swoich konfidentów, którzy raportują, iż Kardynał Karol Wojtyła jest jednym z najpoważniejszych, BA!, może nawet jedynym kandydatem do objęcia przewodnictwa nad Kościołem katolickim po Pawle VI.
Nikt mi nie wmówi, że tego typu informacje docierające do towarzyszów z MSW nie były dla nich, delikatnie pisząc, nie do przyjęcia. Na pewno w głowach wielu z nich zapaliły się lampki alarmowe. Dziwi mnie jednak, że dzisiaj w IPN nie ma żadnych dokumentów na temat podjętych w związku z tym kolejnych działań. Przypominam bowiem, że pierwsze donosy o pozycji Kardynała Wojtyły pochodzą z roku 1972, czyli 6 lat przed konklawe. Przecież przez to 6 lat przyszły następca Św. Piotra coraz bardziej umacniał swoją pozycję i stawał się coraz większym zagrożeniem dla PRL. Brak dokumentów można wytłumaczyć więc chyba tylko na 2 sposoby: albo zostały one spalone, albo po prostu ekipa towarzysza Gierka nie była w stanie ogarnąć tego co się dzieje i co tak naprawdę może się już niedługo stać. Osobiście stawiam na to drugie, bo ani Gierek, ani jego kumotrzy nigdy nie byli zbyt sprytni jak wszyscy komuniści.

16 października 1978 roku, po wyborze Karola Wojtyły na Papieża główny ideolog PRL zareagował słowami: "Ten Wojtyła da nam teraz popalić". To właśnie tego dnia towarzysz Olszewski i pozostali towarzysze z Biura Politycznego zdali sobie sprawę, że stało się dla nich coś bardzo niedobrego, niczym spełnienie największego koszmaru. Papież był wrogiem! Papież był najniebezpieczniejszym człowiekiem dla ówczesnej Polski Ludowej.
Przywiązanie olbrzymiej części ówczesnego polskiego społeczeństwa do Kościoła katolickiego było wówczas czymś, czego nie udało się złamać nawet podczas okresu stalinowskiego, kiedy to było to naprawdę bliskie. Wybór Polaka na Stolicę Apostolską oznaczał tylko jedno - wzmocnienie tej swoistej ostoi, jaką był dla Polaków Kościół i większą wiarę w możliwość zwycięstwa opozycji w walce z władzą komunistyczną.

Wybór Polaka na Papieża uruchomił potężną maszynę, która miała przede wszystkim osaczyć Jana Pawła II. Niemalże każdy duchowny, który mógł mieć jakikolwiek kontakt z Papieżem został z miejsca otoczony bardzo skrupulatną opieką agentów Departamentu IV. Chodziło przede wszystkim o to, żeby zdobyć informacje o planach globalnych nowego Papieża. Nikt mi nie wmówi, że towarzysze z wojewódzkich oddziałów SB, a nawet niech już będzie z samego warszawskiego MSW byli zainteresowani tego typu informacjami. Zainteresowanie nimi przejawiali towarzysze z Moskwy, ponieważ to właśnie centrala sowieckiego Imperium Zła był zainteresowany zdobyciem informacji o nowym Ojcu Świętym, aby móc pójść z nim do walki.

Z Archiwum Mitrochina dowiadujemy się, że natychmiast po wyborze Kardynała Wojtyły na Papieża KGB zgłosiło się do polskich towarzyszy o pomoc, żeby osaczyć Papieża. I teraz pytanie: Czy przypadkowo towarzysz Płatek, towarzysz Pietruszka, towarzysz Piotrowski (ludzie zamieszani w zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki) jeżdżą do Moskwy na spotkania z V Zarządem KGB, gdzie mówią o Papieżu? Czy to przypadek, że kilka miesięcy po wyborze Papieża, w kwietniu 1979 roku, towarzysz Płatek jedzie do Wiednia, by rozmawiać z agentem "Tomem" w sprawie operacji "Triangolo", która była skierowana przeciwko Karolowi Wojtyle?
Sama operacja "Triangolo" trwa wiele lat. Można powiedzieć, że rozpoczyna się od zbierania informacji, które były niezwykle szczegółowe, ponieważ miały na celu rozpoznanie m. in. jakich kosmetyków używa przyszły Papież, czym się goli, kto naprawia mu radio etc. W 1983 roku - 2 lata po zamachu na Papieża - miała miejsce prowokacja przez wspomnianego towarzysza Piotrowskiego przeciwko Janowi Pawłowi II. Pośrednikiem w tej akcji był ksiądz Andrzej Bardecki - asystent kościelny "Tygodnika Powszechnego". Prowokacja polegała na podrzuceniu rzekomo kompromitujących Jana Pawła II materiałów, mówiących, że Ojciec Święty miał jakieś dziwne związki z panią Ireną Kinaszeską. Operacja spala na panewce, ponieważ Piotrowski się upija i zostaje zatrzymany przez policję.
A więc mamy 4 lata trwania operacji "Triangolo". Mamy 4 lata intensywnej propagandy wymierzonej w Jana Pawła II. Mamy liczne wizyty w Moskwie towarzysza Zenona Płatka i jego kolegów. A dzisiaj niektórzy próbują nas czarować, że ZSRR nie miało nic wspólnego z zamachem, a polskie służby i władze PRL nic o tym nie wiedziały

Nie oszukujmy się. JAN PAWEŁ II BYŁ NAJWIĘKSZYM WROGIEM ZSRR I KOMUNIZMU I KOMUNIŚCI NAWET PRZEZ SEKUNDĘ NIE ZAWAHALIBY SIĘ, GDYBY MIELI OKAZJĘ, ŻEBY TEGOŻ WROGA SIĘ POZBYĆ.

Zbrodnia była najbardziej klasycznym sposobem działania zarówno przedstawicieli KGB jak i polskiego SB, i często oraz niezwykle chętnie starano się z niej korzystać.

Mam nadzieję, że w przyszłości poznamy wyniki śledztwa prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej, o ile oczywiście sprawie, przepraszam za wyrażenie, nie ukręcono łba jak to się często w Polsce ostatnim czasy dzieje. Zachęcam zainteresowanych do bliższego zapoznania się z powyższą tematyką oraz z innymi akcjami Departamentu IV SB stworzonego do walki z Kościołem.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

środa, 27 marca 2013

Absurd czy "Państwo Prawa" - o emeryturach SB

http://images50.fotosik.pl/221/837ce4e7689903acmed.jpg

"Bycie funkcjonariuszem organów bezpieczeństwa państwa łączyło się zawsze z nienormowanym czasem pracy, a także z narażeniem na stres, zwiększonym ryzykiem śmierci, kalectwa, choroby lub wypadku." - tak posłowie lewicy uzasadniali, dlaczego pracownikom służ PRL nie wolno odbierać emerytur i przywilejów emerytalnych.

Przypomniało mi się o tym właśnie teraz, kiedy to przeczytałem artykuł na wpolityce.pl pt. "Szkolenie w KGB podstawą do wyższej emerytury w Polsce. Kuriozalne decyzje sądów czy wadliwa ustawa". W Związku z tym właśnie dzisiaj komentarz na ten temat.

Chyba wszyscy mają wrażenie, że od Bałtyku aż po Tatry, od Odry po Bug III RP jest usiana nie tylko układami, ludzką krzywdą, wyzyskiem, ale również absurdem. Wszystko, co ja przynajmniej codziennie słyszę, to jakiś kompletny "Supernatural" w wersji tragikomicznej.

Że niby co? UB-cy, SB-cy i inni śmecy się zmęczyli? Że byli narażeni na niebezpieczeństwa? Przecież praca w Gestapo też była bardzo męcząca. Dniami i nocami katować delikwentów, zrywać paznokcie, okładać ciosami na wszelkie możliwe sposoby, przecież to człowiek musiał się ciężko zmachać, nierzadko spocić i zestresować, gdyby nie udało się wyciągnąć z kogoś informacji. SS-man mógł spaść z wieży wartowniczej, mieć wypadek samochodowy, broń mogła sama wystrzelić. Na to samo byli narażeni nasi... "obrońcy" PRL.
To przecież totalnie skretyniały debilizm, żeby w państwie, w którym tak często podnosi się okrzyki na temat demokracji miały miejsce aż takie patologie jak walka o pieniądze zbrodniarzy, która na drodze sądowej jest prawie zawsze dla nich zwycięska.

Nie jestem prawnikiem, co najwyżej znam trochę prawo górnicze i geologiczne, ale nie muszę nim być, żeby wiedzieć, że odebranie pracownikom Służby Bezpieczeństwa ich przywilejów emerytalnych to tak jakby przepłynąć Atlantyk na pontonie, który przecieka.
Jeżeli od razu po roku 1990 nie powiedziano stanowczo i wprost: "PRL NIE BYŁ PAŃSTWEM SUWERENNYM! PRL BYŁ PAŃSTWEM MARIONETKOWYM ZARZĄDZANYM Z MOSKWY! PRL NIE BYŁ PAŃSTWEM BUDOWANYM DLA POLAKÓW, TYLKO PRZECIWKO NIM!", jeżeli uznało się, że UB, SB, Służby Wojskowe PRL, a w szczególności te wszystkie specjalne wydziały, takie jak Wydział D czy też Wydział Y, które były stworzone tylko i wyłącznie do dokonywania zbrodni etc są takimi samymi policjantami, oficerami polskich służb jak ci po roku 1990, że są takimi samymi, niewinnymi obywatelami, którzy po prostu wykonywali wówczas swoje zadania, bo przecież musieli za coś żyć i utrzymywać swoje rodziny, no to nie oszukujmy się - teraz nie można się dziwić, że nie ma siły, która mogłaby im odebrać to, co otrzymali w wolnej Polsce.

Nie chodzi mi już nawet o to, że komuś zabierzemy tą emeryturę na poziomie kilku tysięcy złotych, że w jakimś stopniu dokona się przez to symboliczny akt sprawiedliwości (chociaż dla mnie nie może być mowy o jakiejkolwiek sprawiedliwości). Chodzi mi po prostu o elementarny powrót do dawno już zapomnianego przez nasze "elity intelektualne" zdrowego rozsądku i pokazania tego skretynienia, jakiego jesteśmy od prawie ćwierćwiecza świadkami. Ja całkowicie rozumiem, że III RP mogła dać pracownikom służ PRL amnestię. Problem jednak polega na tym, że ja nie rozumiem, za co przyznano im tą amnestię. Nie rozumiem, co mieliśmy im wybaczyć, skoro to tak kryształowi ludzie, którzy dla dobra naszego kraju byli narażeni na stres, kalectwo, choroby etc, jak to uzasadniali posłowie lewicy. Skoro nie mieli oni nic na sumieniu, to czemu niby mamy im cokolwiek wybaczać? Taki dyskurs został wmówiony ogromnej części naszego społeczeństwa i nawet gdy już znalazł się ktoś, kto zapytał "Ale za co my wam wybaczamy? Co takiego zrobiliście? Kogo skrzywdziliście?", to okazywało się wówczas, że jest on oszołomem, niebezpiecznym ekstremistą, plującym nienawiścią nienawistnikiem, podłym bandytą itd.

Prawo? Co to jest w III RP tak naprawdę prawo? Jest to twór używany w dyskursie publicznym tylko wówczas, gdy jest to na rękę establishmentowi III RP. Sprawa emerytur pracowników służb PRL i precedens opisany przez portal red. Pyzy pokazuje, że kiedy wszystko jest w porządku, kiedy jest to na rękę temu, komu trzeba, to podnoszą się głosy oburzenia "Hola, hola! Przecież istnieje prawo! Przecież tak orzekł sąd, a kto nie szanuje sądu, ten nie szanuje demokracji i państwa prawa!"
Kiedy natomiast na początku lat 90. było prawo i można było skazać ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie dokonane nawet w świetle prawa PRL, jakimi były: Wprowadzenie stanu wojennego, Masakra na wybrzeżu w 1970 roku, Poznański Czerwiec, Ursus, Radom, organizacje takie jak WRON-a etc, to wówczas ci sami przedstawiciele establishmentu, którzy dzisiaj również wyznaczają linię rozwoju polskiej inteligencji z żalem przyznawali "Narodzie Polski - prawo prawem, ale są potrzeby chwili. To są aktualnie nasi partnerzy i nie możemy ich drażnić, bo nie uda się stworzyć wolnej Polski. Daliśmy słowo i musimy go dotrzymać".

Najzabawniejszy jednak wydaje mi się jeszcze jeden aspekt. Mianowicie, w moim przekonaniu Ubek, SB-ek etc, który dzisiaj żyje tylko z emerytury, który walczy o nią jak lew w sądzie etc, to chyba jakiś kompletny frajer. Jeśli bowiem nie odnalazł się on w rzeczywistości po okrągłostołowej i nie załapał na dużo większą kasę jak ta specjalna emeryturka, to pewnie jest pośmiewiskiem w swoim środowisku.

Może znowu się mylę, ale walka nie jest już tak naprawdę o to czy ci ludzie powinni dostać te pieniądze czy nie. Jak działa nasze prawo każdy widzi. Jak działają sądy tym bardziej. W mojej ocenie najważniejsze w tym wszystkim jest to, czy będziemy mogli powiedzieć naszym dzieciom, naszym wnukom: "Bądźcie uczciwi! Bądźcie prawi! Kochajcie ojczyznę, a jak przyjdzie kiedyś niebezpieczeństwo, to nie bójcie się za nią walczyć i ryzykować własnym zdrowiem i życiem!"? Jeśli zaś już to powiemy, to czy nie usłyszymy w odpowiedzi: "Ojciec, dajże spokój! Pierdzielisz coś o uczciwości, sprawiedliwości i patriotyzmie, a masz 700 zł renty. Wolę kolaborować, sprzedać się okupantowi, popełniać zbrodnie, oszukiwać etc, bo dostanę za to 10 razy większą emeryturę od ciebie! W taki sposób UB, SB walczyło o wolną Polskę, więc czemu niby mnie nie wolno..."

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie