Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbrodnie PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbrodnie PRL. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 stycznia 2014

Dobry zwiastun słabej książki

Czy możliwe jest dzisiaj - 25 lat po obradach Okrągłego Stołu - jakiekolwiek rozliczenie i osądzenie komunistycznych zbrodniarzy i morderców? Jest to jedno z pytań, na które w swojej najnowszej książki pt. "Szwy" próbuje udzielić odpowiedzi Wacław Holewiński.

szwy_IMAGE1_288859_11

Jakiś czas temu, gdy słuchałem jednej z porannych rozmów Radia WNET, trafiłem akurat na wywiad z Panem Holewińskim, w którym odpowiadał on (bodajże redaktorowi Skowrońskiemu) na pytania dotyczące swojej najnowszej książki. Przyznam szczerze, że od razu pomyślałem, że muszę jak najszybciej kupić i przeczytać tą książkę, w czym jeszcze bardziej utwierdzał mnie zachwyt, jaki ogarnął jeszcze przed jej wydaniem prawicowe środowiska.

Oto opinie na temat "Szwów" znajdujące się na odwrocie:
""Szwy" to najbardziej osobista i - moim zdaniem - najlepsza powieść Wacława Holewińskiego. Autor stawia pytanie: co zrobiliśmy z naszą niepodległością? Albo odwrotnie: czemu tak wielu rzeczy nie zrobiliśmy, choć było to naszym obowiązkiem?" - Marek Ławrynowicz
"Holewiński jest jednym z nielicznych pisarzy, których proza tak mocno osadzona jest w naszej współczesności i historii najnowszej. Predestynuje go do tego życiorys: działalność opozycyjna w PRL, prowadzenie podziemnej oficyny wydawniczej, internowanie w stanie wojennym. Sądzę, że najzwyczajniej - doświadczenie życiowe sprawia, że autor ten ma od swoich młodszych kolegów więcej do powiedzenia. A raczej inaczej: do opowiedzenia". - Krzysztof Masłoń
"Czytając, zastanawiałam się, na czym polega sugestywność tej powieści. Wszystko w niej tchnie powietrzem, którym oddychamy. Wywoła na pewno wiele różnych reakcji - z wyjątkiem obojętności. Sądząc z podziału, na który wskazują badania opinii, powinna wzbudzić tyle furii ile entuzjazmu''. - Barbara Budrecka

Jeszcze 2 dni temu na tym zakończyłbym ten oto wpis, jednocześnie zachęcając wszystkich do przeczytania tejże książki. Dlaczego? Ponieważ jeszcze 2 dni temu uważałem, że ta książka nie może być zła ani słaba. BA! - miałem nadzieję, że będzie to jedna z najważniejszych książek, jakie w życiu przeczytam. Przecież zarówno wywołana przeze mnie rozmowa na jej temat w Radiu WNET jak również jej opis ("W 1985 roku milicjanci zakatowali młodego chłopaka, Tomasza Miteńkę, za brak dowodu osobistego. I choć uszli bez kary, to we współczesnej Polsce znajduje się niezależny pisarz, który postanawia upomnieć się o pamięć o tym zdarzeniu. Jest to tym trudniejsze, że także w jego życie uczuciowe okazuje się wpisana komunistyczna przeszłość.") oraz recenzje "naszych" ludzi nie mogły być aż tak przesadzone...

A jednak...
"Szwy" rozpoczynają się pogrzebem jednego z generałów, który swój stopień zawdzięczał błyskotliwej karierze w "służbach" PRL, w których uchodził za jednego z najbardziej bezwzględnych "oficerów". Na tym pogrzebie pojawia się główny bohater - pierwszoosobowy narrator - Maksymilian (prawdopodobnie Wacław Holewiński) wraz ze swoją kobietą - kilkanaście lat młodszą Joanną.
Maksymilian to były opozycjonista, natomiast Joanna to córka oficera SB, o czym Maksymilian dowiaduje się dopiero po 2-3 latach ich "związku". Zarówno przeszłość Maksymiliana jak i przeszłość ojca Joanny są częstą przyczyną kłótni między parą kochanków. Maksymilian nie jest w stanie zaakceptować przeszłości ojca Joanny oraz jej podejścia do tego, co tamten robił w PRL (uważa ona, że był "dobrym gliną", który nie robił nic poza ściganiem przestępców).
Maksymilian postanawia napisać książkę o jednej z zapomnianych zbrodni w PRL, jaką było zamordowanie Tomasza Miteńki. Dociera do ludzi związanych z tą sprawą - zarówno do katów jak i lekarza prowadzącego sekcję Miteńki, jego matki i pierwszej dziewczyny, księdza odprawiającego pogrzeb i wielu innych.
Okazuje się, że pisanie powieści o jednej ze zbrodni PRL, która miała miejsce prawie 30 lat temu jest w dalszym ciągu niemożliwe w "wolnej i demokratycznej III RP". Ludzie wywodzący się z tamtego świata wciąż i dalej mają potężne wpływy i możliwości, czym bardzo często dają się we znaki Maksymilianowi między innymi wulgarnymi telefonami, wyczyszczeniem jego konta bankowego, brutalnym pobiciem etc.

Z mojego dotychczasowego opisu może wynikać, że książka jednak nie jest wcale taka zła, że opisuje rzeczy ważne. Zgadza się, jednak temat ważny, jakim jest kondycja ustroju III RP oraz piętno zbrodni PRL jest w mojej ocenie de facto tematem pobocznym do życia miłosnego (zwłaszcza erotycznego) Maksymiliana i Joanny. Co kilka stron można przeczytać ich rozterki na temat ich miłości i związku, w jakim żyją. Co kilkanaście stron można znaleźć opis ich kolejnych stosunków, dziwnych (przynajmniej z mojego punktu widzenia) zachowań wobec siebie i zupełnie nic nie wnoszących do książki dialogów.
W pewnym momencie nie wiedziałem, o czym jest ta książka - o historii Tomasza Miteńki od 1985 roku do dziś czy o życiu uczuciowym Maksymiliana i Joanny. Właśnie ta druga opowieść, jej charakter i objętość, jaką zajmuje w książce sprawia, że bardzo poważny temat nierozliczonych zbrodni PRL oraz bardzo ważne pytania, jakie padają w książce (np. "Nie wydaje się panu, że czas już zamknąć okres rozliczeń? Że to ciągłe rozgrzebywanie ran nikomu nie służy? Że dla nas wszystkich lepiej byłoby przyjąć formułę wybaczenia?") są po prostu rozmyte w ogólnej sieczce pozostałych treści.

Zdecydowanie mogę Państwu, z całego serca, odradzić tę książkę (zwłaszcza, że kosztuje ona 34,90 zł). Nie wnosi ona zupełnie niczego nowego do debaty na wymienione przeze mnie ważne tematy i nie daje żadnych nowych odpowiedzi na m.in. przytoczone przeze mnie pytania. Język używany przez autora jest co najmniej niedoskonały a momentami, po prostu nieodpowiedni do opisywanych sytuacji. Sama postać Maksymiliana wydaje się bardzo naiwna a niekiedy po prostu głupia - jakby opozycyjna przeszłość głównego bohatera oraz cytowane przez niego, co jakiś czas, fragmenty "Notatnika z rozdartego podbrzusza" (przedstawiające czasem ważne, czasem mniej ważne  wydarzenia z ostatnich kilku lat) niczego go nie nauczyły, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy, czym tak naprawdę jest III RP, jakby wychodził z założenia, że 4 czerwca 1989 w Polsce skończył się komunizm i dopiero prywatne śledztwo w sprawie zakatowania Tomasza Miteńki powoli uświadamiało go, w jakim kłamstwie żył dotychczas.

W skali od 1 do 10. Mogę ocenić "Szwy" najwyżej na 3 (Słaba). Szkoda, ponieważ dawno się tak nie napaliłem i nie zostałem jednocześnie tak rozczarowany. Uważam, że do poruszonego przez Wacława Holewińskiego tematu znacznie więcej wnoszą powieści Bronisława Wildsteina, Tadeusza Płużańskiego czy Waldemara Łysiaka. Jestem w posiadaniu kilku, kilkunastu e-booków wymienionych autorów, więc jeśli ktoś jest zainteresowany, to proszę dać znać :)

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

czwartek, 19 września 2013

Wolnych ludzi nic nie złamie...



Pewna gazeta, która swego promowała się znakiem "Solidarności" do dzisiaj stara się wmówić obywatelom RP, że okres IV RP, czyli de facto lata 2005-2007, to najgorszy, najbardziej totalitarny i najstraszniejszy czas w historii Polski.
Ta sama gazeta nazywa Żołnierzy Wyklętych leśnymi bandytami starając się przedstawić ich w jak najbardziej perfidnym świetle, jednocześnie gloryfikując polskich najeźdźców i oprawców.
Dzięki dobrym ludziom do głosu dochodzą również osoby, które chcą uczcić pamięć o bohaterach, którzy nigdy nie zostali złamani przez najeźdźcę czy to ze strony niemieckiej czy rosyjskiej. Pamięć o tych właśnie żołnierzach jest dzisiaj natchnieniem i motywacją dla wielu młodych ludzi i mimo, że w mediach głównego nurtu istnieje niepisany zakaz mówienia o nich w sposób pozytywny, to jednak coraz więcej pozytywnych wypowiedzi może się przebić do opinii publicznej.

Właśnie o jednym z Żołnierzy Wyklętych będzie dzisiejszy tekst. Od razu muszę zastrzec, że zdaję sobie sprawę, iż chyba nie jestem najodpowiedniejszą osobą do pisania tekstów tego typu, ale spróbuję.


W 1910 roku w Stryju (Austro-Węgry) urodził się Zygmunt Szendzielarz, którego zwłoki IPN odnalazł na wiosnę tego roku. Uczęszczał on najpierw do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, a następnie do Szkoły Podchorążych Kawalerii, po czym trafił do 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich. We wrześniu 1939 roku pułk ten został wcielony w skład Północnego Zgrupowania Odwodowej Armii "Prusy", a następnie Grupy Operacyjnej gen. Andersa. Porucznik Zygmunt Szendzielarz był wówczas dowódcą 2. szwadronu. Za swój udział w obronie Rzeczypospolitej podczas kampanii wrześniowej został odznaczony krzyżem Virtuti Militari V klasy.

Po wrześniowym zwycięstwie hitlerowców wstąpił on do Związku Walki Zbrojnej pod skrzydłami którego rozpoczął on organizację konspiracji na terenie Wileńszczyzny. W 1943 roku Zygmunt Szendzielarz (wówczas już "Łupaszka") został dowódcą pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego na Wileńszczyźnie, który później przekształcił się w V Wileńską Brygadę Armii Krajowej, która niedługo potem stała się najliczniejszą i najsilniejszą brygadą AK na Wileńszczyźnie. W uznaniu zasług, w styczniu 1944 roku, Komendant Okręgu Wileńskiego AK, pułkownik Aleksander Krzyżanowski (pseudonim "Wilk"), odznaczył "Łupaszkę" Krzyżem Walecznych.

Mimo rozkazu o demobilizacji Zygmunt "Łupaszka" Szendzielarz pozostał w konspiracji i podjął dalszą walkę z sowieckim najeźdźcą i służącymi mu polskimi zdrajcami. Dane, którymi aktualnie dysponują polscy historycy pozwalają stwierdzić, że w latach 1945-1948 oddziały, wówczas już majora "Łupaszki" rozbiły kilkanaście placówek Armii Czerwonej, około 60 posterunków MO, kilka placówek UBP i posterunków SOK, a także zlikwidowały około 200 funkcjonariuszy i oficerów NKWD, UBP, MO i Armii Czerwonej.

Oprócz akcji zbrojnych major "Łupaszka" prowadził również akcję propagandową - brał udział w redagowaniu, powielaniu i rozpowszechnianiu wśród ludności cywilnej ulotek o treści antykomunistycznej. Poniżej fragment jednej z tych ulotek z marca 1946 roku:
"(...) Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. (...) My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości".

30 czerwca 1948 roku major Szendzielarz został aresztowany w Osielcu pod Zakopanem i natychmiast przetransportowany do aresztu śledczego na Rakowieckiej w Warszawie, w którym to spędził 2,5 roku. W listopadzie 1950 roku rozpoczął się proces "Łupaszki" oraz innych byłych członków Okręgu Wileńskiego AK. Przewodniczącym składu sędziowskiego w tym procesie był były żołnierz AK, a potem wyjątkowo dyspozycjyjny i wierny komunista oraz nieprzeciętnie krwawy i brutalny stalinowski sędzia - Mieczysław Widaj (zmarł w 2008 roku pobierając 9 tys zł emerytury i nigdy nie odpowiadając za swoje wyroki). Wszyscy oskarżeni w tym procesie z wyjątkiem kobiet zostali skazani na śmierć.

Wieczorem 8 lutego 1951 roku major Zygmunt "Łupaszka" Szendzielarz został stracony w więzieniu na Mokotowie. Zarówno w śledztwie jak i przed egzekucją zachował godną, prawdziwie patriotyczną postawę, m. in. nie prosząc komunistów o łaskę.

Przez cały okres PRL major Szendzielarz był przedstawiany w jak najgorszym świetle. Bandyta, zdrajca, faszysta - to tylko niektóre epitety na jego temat, które można było usłyszeć bądź przeczytać w reżimowych mediodajniach. Prawdziwą twarz "Łupaszki" można było poznać tylko na emigracji, np. paryskie "Zeszyty Historyczne" opublikowały w odcinkach jego biografię, a Kazimierz Sabbat -  prezydent Polski na Uchodźstwie - w 1988 roku odznaczył majora Krzyżem Złotym Orderu Virtuti Militari.
Dopiero po roku 1989 Polacy mieszkający między Odrą a Bugiem mogli poznać prawdę o polskim bohaterze. W 1993 roku Zygmunt Szendzielarz został oczyszczony przez sąd III RP ze wszystkich postawionych mu przez komunistów zarzutów, natomiast w roku 2007 odznaczył "Łupaszkę" Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski - za wybitne zasługi dla niepodległości RP.
Pośmiertna rehabilitacja, która została dokonana 20 lat temu dalej spędza sen z powiek spadkobiercom tamtego systemu a pamięć o polskich bohaterach, którzy zostali przez nich zamordowani czy to po II Wojnie Światowej czy też po roku 1956 jest jedną z najpotężniejszych broni ludzi, którzy nie zgadzają się z proponowaną przez nich drogą, którą ma podążać Polska.

W książce Tadeusza Płużańskiego pt. "Bestie" (na podstawie której w dużej mierze powstał powyższy tekst) znajdują się fragmenty przygotowanego w 2006 przez Posłów PiS z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu projektu uchwały mającej na celu uczczenie w 55. rocznicę śmierci majora "Łupaszki". Oto kilka z nich:
"55 lat temu, 8 lutego 1951 roku, zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka". Żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swoją służbę dwukrotnie odznaczony orderem Virtuti Militari".

"Oddziały utworzone przez majora "Łupaszkę" przeprowadziły w latach 1945-1952 około 450 akcji zbrojnych. W jednostkach podległych majorowi "Łupaszce" panowała wzorowa dyscyplina. Zwalczały one nie tylko komunistyczny aparat bezpieczeństwa, ale także chroniły ludność przed pospolitymi bandytami".

"W latach 1943–1944 5. Wileńska Brygada Armii Krajowej stoczyła kilkadziesiąt bitew. Oddział majora "Łupaszki" prowadził krwawe walki z wojskami hitlerowskimi, z pozostającymi w służbie III Rzeszy formacjami litewskimi oraz z sowiecką partyzantką terroryzującą Polaków. W czasie tych działań Zygmunt Szendzielarz zdobył sobie zaszczytną opinię znakomitego dowódcy, a 5. Brygada w uznaniu poniesionych ofiar zyskała miano »Brygady Śmierci«".

"Major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" stał się symbolem niezłomnej walki o Niepodległą Polskę, jaką toczyli "Żołnierze Wyklęci" - żołnierze antykomunistycznego ruchu oporu z organizacji Wolność i Niezawisłość, Armii Krajowej na Kresach Wschodnich, Ośrodka Mobilizacyjnego Wileńskiego Okręgu AK, Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, Ruchu Oporu Armii Krajowej, Konspiracyjnego Wojska Polskiego i dziesiątek innych organizacji; podkomendni podpułkownika "Kotwicza", podporucznika "Zagończyka", kapitana "Młota", majora "Orlika", majora "Zapory", kapitana "Warszycy", majora "Ognia", kapitana "Bartka" i wielu innych, których żołnierski szlak kończyła śmierć w nierównej walce z komunistycznymi siłami bezpieczeństwa bądź ubecki strzał w tył głowy. Niech polska ziemia utuli ich do spokojnego snu. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, czczącej Ich pamięć, stwierdza, że "Zołnierze Wyklęci", dobrze zasłużyli się Ojczyźnie".

Mógłbym na koniec przytoczyć całe bicie piany, jakie w związku z projektem powyższej uchwały zafundowała społeczeństwu postkomuna od jednej z największych komunistycznych gadzinówek, jaką jest "Trybuna" a na "Gazecie Wyborczej" kończąc... Mógłbym przytoczyć wypowiedzi spadkobierców PZPR, czyli SLD... Mógłbym tylko, po co tak naprawdę przytaczać wypowiedzi ludzi, dla których bohaterami są np. Zygmunt Bauman, Stefan Michnik, Wojciech Jaruzelski i inni zbrodniarze?


Obyśmy doczekali dnia, w którym tacy ludzi jak major Zygmunt "Łupaszka" Szendzielarz doczekają się w wolnej Polsce uroczystych pogrzebów ze wszystkimi honorami - takich na jakie zasłużyli bohaterowie.

Między innymi ze względu na pamięć o ofiarach komunizmu lata 2005-2007 w historii Polski zostały nazwane przez główne ośrodki medialne tak jak napisałem to na początku tego tekstu. Mając jednak wybór między "Żołnierzami Wyklętymi" PiS a stalinowcami, SB-kami i resztą komunistycznych zbrodniarzy, którzy dzisiaj dorobili się tytułów profesorów, ogromnych majątków, statusu autorytetów moralnych lansowanych przez obecną władzę - zawsze wybiorę tych pierwszych i wiem, że nie jestem sam.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

wtorek, 30 lipca 2013

PRL - domniemane samobójstwa cz.2


Miałem dziś napisać post dotyczący Powstania Warszawskiego, jednak uznałem, że w tym tygodniu można i będzie można przeczytać tak wiele tekstów na ten temat (między innymi w tygodniku rybackim "SIECI"), że postanowiłem kontynuować wątek poruszony przeze mnie 10 stycznia 2013 roku, czyli "PRL - domniemane samobójstwa cz.1".

Tak jak poprzednio napisałem - zostaną przeze mnie opisane kolejne "dziwne" samobójstwa polskich opozycjonistów doby PRL, które miały miejsce po 13 grudnia 1981 roku. Ten wpis, tak jak poprzedni ciągu dedykuję te politykom i sympatykom spadkobierców PZPR, czyli Sojuszowi Lewicy Demokratycznej.

Trzy przypadki, które zostaną niżej przedstawione są bezsprzecznie związane z polityką. O ile, w poprzednio opisywanych przypadkach czasem nie było to aż tak oczywiste, to tutaj jest to fakt nie do obalenia. Niżej opisani "samobójcy", byli bowiem czynnie zaangażowani w działalność opozycyjną i niepodległościową, a także byli oni "rozpracowywani" przez organy MSW.

Śp. Zbigniew Simoniuk
Człowiek ten był na tyle "bezczelny", aby dwukrotnie zgłosić porwania, których według jego zeznań dokonali towarzysze z MO. W obu tych przypadkach nie udało mu się jednak niczego wskórać, ponieważ "niezawisły sąd PRL" skupił się tylko i wyłącznie na udowadnianiu ponad wszelkie zgromadzone dowody i zeznania, że zarzuty Zbigniewa Simoniuka są fałszywe. W ramach drugiego z tych postępowań przyjęto nawet, że Pan Simoniuk dopuścił się przestępstwa z art 241 § 1. "Kto bez zezwolenia rozpowszechnia publicznie wiadomości z postępowania przygotowawczego, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.", przez co zastosowano wobec niego tymczasowe aresztowanie, a następnie skazano na karę łączną 2 lat pozbawienia wolności. W "skład" tej kary wchodził również wyrok za dwukrotne samo uwolnienie ze szpitali psychiatrycznych, w których Zbigniew Simoniuk był bezzasadnie osadzany na obserwacje w trakcie postępowania przygotowawczego. W trakcie procesu "sędzia" Leszek Kudrycki nie zareagował na oświadczenie obrońcy Z. Simoniuka, iż dokonano w jego mieszkaniu przeszukania i zakwestionowano szereg dokumentów koniecznych do obrony jego klienta.
Postępowanie w sprawie śmierci Z. Simoniuka toczyło się tylko i wyłącznie pod kątem zbierania dowodów mających udowodnić za wszelką cenę tezę o samobójczej przyczynie zgonu. Prokurator prowadzący postępowanie - Henryk Trawid - odstąpił od przesłuchania członków załogi karetki pogotowania ratunkowego udzielającej pomocy Z. Simoniukowi. Odstąpił on również od przesłuchania współwięźniów, z którymi przebywał domniemany samobójca w Areszcie Śledczym w Białymstoku a nawet nie pozwolił na przeprowadzenie eksperymentu symulującego próbę samobójstwa przez powieszenie.

Śp. Kazimierz Majewski
W przypadku tego postępowania "nie stwierdzono przestępstwa", dlatego zostało ono umorzone. Bezpośrednio przed śmiercią Pan Kazimierz był przez kilka kolejnych dni wzywany na przesłuchania do Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Jeleniej Górze. W czasie tych przesłuchań stosowano wobec niego przymus i terror psychiczny, co zapewne miało niebagatelne znaczenie w targnięciu się przez niego na własne życie. W postępowaniu nie przesłuchano wszystkich świadków, którymi byli funkcjonariusze SB, którzy przesłuchiwali Pana Kazimierza, ponieważ WUSW w Jeleniej Górze odmówił podania ich nazwisk, powołując się przy tym na tajemnicę państwową, ponieważ podobno chodziło o pracowników kontrwywiadu. Należy podkreślić, że śledztwo prowadzone przeciwko K. Majewskiemu było związane z zamiarem założenia koła Polskiego Związku Katolicko-Społecznego - stowarzyszenia wówczas zawieszonego. Należy więc się zastanowić czy dlatego był on przesłuchiwany przez funkcjonariuszy kontrwywiadu PRL? Czy była to aż tak niebezpieczna organizacja?

Śp. Jadwiga Kryńska
Pani Jadwiga na 4 dni przed śmiercią została zatrzymana pod zarzutem prowadzenia nielegalnej działalności. Zwolniono ją po 48 godzinach. Po wyjściu z aresztu skarżyła się na bóle brzucha, w związku z którymi umieszczona została w szpitalu. Lekarz, który z nią rozmawiał około 20 minut przed śmiercią stwierdził, że była bardzo zdenerwowana, dlatego dał jej środek uspokajający, jednak nie zauważył w jej zachowaniu absolutnie nic, co wskazywałoby na zamiary samobójcze. Tam też wyskoczyła przez okno. Do dziś nie wyjaśniono, jakie miały być motywy tego samobójstwa.

Postępowania prowadzone w opisanych wyżej i w poprzednim poście sprawach nie miały na celu ustalenia ewentualnej odpowiedzialności funkcjonariuszy MSW. Tymczasem w przytoczonych przeze mnie przykładach można śmiało postawić (hipo)tezę, że w każdym z tych "samobójstw" mieli oni jakiś udział.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

środa, 27 marca 2013

Absurd czy "Państwo Prawa" - o emeryturach SB

http://images50.fotosik.pl/221/837ce4e7689903acmed.jpg

"Bycie funkcjonariuszem organów bezpieczeństwa państwa łączyło się zawsze z nienormowanym czasem pracy, a także z narażeniem na stres, zwiększonym ryzykiem śmierci, kalectwa, choroby lub wypadku." - tak posłowie lewicy uzasadniali, dlaczego pracownikom służ PRL nie wolno odbierać emerytur i przywilejów emerytalnych.

Przypomniało mi się o tym właśnie teraz, kiedy to przeczytałem artykuł na wpolityce.pl pt. "Szkolenie w KGB podstawą do wyższej emerytury w Polsce. Kuriozalne decyzje sądów czy wadliwa ustawa". W Związku z tym właśnie dzisiaj komentarz na ten temat.

Chyba wszyscy mają wrażenie, że od Bałtyku aż po Tatry, od Odry po Bug III RP jest usiana nie tylko układami, ludzką krzywdą, wyzyskiem, ale również absurdem. Wszystko, co ja przynajmniej codziennie słyszę, to jakiś kompletny "Supernatural" w wersji tragikomicznej.

Że niby co? UB-cy, SB-cy i inni śmecy się zmęczyli? Że byli narażeni na niebezpieczeństwa? Przecież praca w Gestapo też była bardzo męcząca. Dniami i nocami katować delikwentów, zrywać paznokcie, okładać ciosami na wszelkie możliwe sposoby, przecież to człowiek musiał się ciężko zmachać, nierzadko spocić i zestresować, gdyby nie udało się wyciągnąć z kogoś informacji. SS-man mógł spaść z wieży wartowniczej, mieć wypadek samochodowy, broń mogła sama wystrzelić. Na to samo byli narażeni nasi... "obrońcy" PRL.
To przecież totalnie skretyniały debilizm, żeby w państwie, w którym tak często podnosi się okrzyki na temat demokracji miały miejsce aż takie patologie jak walka o pieniądze zbrodniarzy, która na drodze sądowej jest prawie zawsze dla nich zwycięska.

Nie jestem prawnikiem, co najwyżej znam trochę prawo górnicze i geologiczne, ale nie muszę nim być, żeby wiedzieć, że odebranie pracownikom Służby Bezpieczeństwa ich przywilejów emerytalnych to tak jakby przepłynąć Atlantyk na pontonie, który przecieka.
Jeżeli od razu po roku 1990 nie powiedziano stanowczo i wprost: "PRL NIE BYŁ PAŃSTWEM SUWERENNYM! PRL BYŁ PAŃSTWEM MARIONETKOWYM ZARZĄDZANYM Z MOSKWY! PRL NIE BYŁ PAŃSTWEM BUDOWANYM DLA POLAKÓW, TYLKO PRZECIWKO NIM!", jeżeli uznało się, że UB, SB, Służby Wojskowe PRL, a w szczególności te wszystkie specjalne wydziały, takie jak Wydział D czy też Wydział Y, które były stworzone tylko i wyłącznie do dokonywania zbrodni etc są takimi samymi policjantami, oficerami polskich służb jak ci po roku 1990, że są takimi samymi, niewinnymi obywatelami, którzy po prostu wykonywali wówczas swoje zadania, bo przecież musieli za coś żyć i utrzymywać swoje rodziny, no to nie oszukujmy się - teraz nie można się dziwić, że nie ma siły, która mogłaby im odebrać to, co otrzymali w wolnej Polsce.

Nie chodzi mi już nawet o to, że komuś zabierzemy tą emeryturę na poziomie kilku tysięcy złotych, że w jakimś stopniu dokona się przez to symboliczny akt sprawiedliwości (chociaż dla mnie nie może być mowy o jakiejkolwiek sprawiedliwości). Chodzi mi po prostu o elementarny powrót do dawno już zapomnianego przez nasze "elity intelektualne" zdrowego rozsądku i pokazania tego skretynienia, jakiego jesteśmy od prawie ćwierćwiecza świadkami. Ja całkowicie rozumiem, że III RP mogła dać pracownikom służ PRL amnestię. Problem jednak polega na tym, że ja nie rozumiem, za co przyznano im tą amnestię. Nie rozumiem, co mieliśmy im wybaczyć, skoro to tak kryształowi ludzie, którzy dla dobra naszego kraju byli narażeni na stres, kalectwo, choroby etc, jak to uzasadniali posłowie lewicy. Skoro nie mieli oni nic na sumieniu, to czemu niby mamy im cokolwiek wybaczać? Taki dyskurs został wmówiony ogromnej części naszego społeczeństwa i nawet gdy już znalazł się ktoś, kto zapytał "Ale za co my wam wybaczamy? Co takiego zrobiliście? Kogo skrzywdziliście?", to okazywało się wówczas, że jest on oszołomem, niebezpiecznym ekstremistą, plującym nienawiścią nienawistnikiem, podłym bandytą itd.

Prawo? Co to jest w III RP tak naprawdę prawo? Jest to twór używany w dyskursie publicznym tylko wówczas, gdy jest to na rękę establishmentowi III RP. Sprawa emerytur pracowników służb PRL i precedens opisany przez portal red. Pyzy pokazuje, że kiedy wszystko jest w porządku, kiedy jest to na rękę temu, komu trzeba, to podnoszą się głosy oburzenia "Hola, hola! Przecież istnieje prawo! Przecież tak orzekł sąd, a kto nie szanuje sądu, ten nie szanuje demokracji i państwa prawa!"
Kiedy natomiast na początku lat 90. było prawo i można było skazać ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie dokonane nawet w świetle prawa PRL, jakimi były: Wprowadzenie stanu wojennego, Masakra na wybrzeżu w 1970 roku, Poznański Czerwiec, Ursus, Radom, organizacje takie jak WRON-a etc, to wówczas ci sami przedstawiciele establishmentu, którzy dzisiaj również wyznaczają linię rozwoju polskiej inteligencji z żalem przyznawali "Narodzie Polski - prawo prawem, ale są potrzeby chwili. To są aktualnie nasi partnerzy i nie możemy ich drażnić, bo nie uda się stworzyć wolnej Polski. Daliśmy słowo i musimy go dotrzymać".

Najzabawniejszy jednak wydaje mi się jeszcze jeden aspekt. Mianowicie, w moim przekonaniu Ubek, SB-ek etc, który dzisiaj żyje tylko z emerytury, który walczy o nią jak lew w sądzie etc, to chyba jakiś kompletny frajer. Jeśli bowiem nie odnalazł się on w rzeczywistości po okrągłostołowej i nie załapał na dużo większą kasę jak ta specjalna emeryturka, to pewnie jest pośmiewiskiem w swoim środowisku.

Może znowu się mylę, ale walka nie jest już tak naprawdę o to czy ci ludzie powinni dostać te pieniądze czy nie. Jak działa nasze prawo każdy widzi. Jak działają sądy tym bardziej. W mojej ocenie najważniejsze w tym wszystkim jest to, czy będziemy mogli powiedzieć naszym dzieciom, naszym wnukom: "Bądźcie uczciwi! Bądźcie prawi! Kochajcie ojczyznę, a jak przyjdzie kiedyś niebezpieczeństwo, to nie bójcie się za nią walczyć i ryzykować własnym zdrowiem i życiem!"? Jeśli zaś już to powiemy, to czy nie usłyszymy w odpowiedzi: "Ojciec, dajże spokój! Pierdzielisz coś o uczciwości, sprawiedliwości i patriotyzmie, a masz 700 zł renty. Wolę kolaborować, sprzedać się okupantowi, popełniać zbrodnie, oszukiwać etc, bo dostanę za to 10 razy większą emeryturę od ciebie! W taki sposób UB, SB walczyło o wolną Polskę, więc czemu niby mnie nie wolno..."

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

czwartek, 10 stycznia 2013

PRL - domniemane samobójstwa cz. 1

http://wzzw.files.wordpress.com/2011/12/janek-wisniewski-2.jpg?w=720

Dawno nie zdarzyło mi się pisać 2 posty jednego dnia, ale dzisiaj chyba nie może być inaczej. Kolejny raz wziąłem do ręki książkę "Raport Rokity" wydaną w roku 2005 przez krakowskie ARCANA. Zawsze ilekroć zabieram się za czytanie tej książki, to po prostu przechodzą mnie ciarki ze względu na opisane w niej zbrodnie i morderstwa dokonane przez komunistycznych aparatczyków i zbrodniarzy, które dzisiaj, w wolnej Polsce, 24 lata po upadku komunizmu nie doczekały się potępienia, a wszyscy w nie zamieszani - sprawiedliwości. Chodzi mi oczywiście o sprawiedliwość w klasycznym i normalnym rozumieniu tego słowa, czyli uczciwe i prawe postępowanie, karanie zbrodni i nagradzanie dobrych czynów. Jeśli bowiem, wedle myślenia michnikowszczyzny, sprawiedliwość to nienawiść, to jakim niby prawem sądzono zbrodniarzy hitlerowskich?

Oto część Raportu Komisji Jana Rokity, która swego czasu znajdowała się na moim nieistniejącym już blogu. Chciałbym ją i wszystkie pozostałe jej części dedykować wszystkim posłom SLD, którzy chcieli aby rok 2013 był rokiem towarzysza Edwarda Gierka.

Śp. Krzysztof Skrzypczak
Został on dostarczony do Izby Wytrzeźwień w Poznaniu przez funkcjonariuszy MO, a następnie skrępowany pasami bezpieczeństwa, z których to miał się uwolnić i powiesić. Nie ma jakichkolwiek informacji o tym, by w przeprowadzonym postępowaniu próbowano wyjaśnić okoliczności wszystkich obrażeń znajdujących się na jego ciele , które zostały wymienione w protokole posekcyjnym. Obrażenia te bowiem nie mogły powstać przy działaniach mających na celu popełnienie samobójstwa poprzez powieszenie się. Nikt nie zbadał okoliczności ani możliwości uwolnienia się K. Skrzypczaka z pasów bezpieczeństwa. W tej sprawie dodatkowo Komisja Rokity miała do czynienia z całkowicie bezprawnym niszczeniem akt przez (nie)znanych sprawców.

Śp. Jarosław Romanowski
Miał on powiesić się w areszcie RUSW w Suwałkach. Postępowanie w sprawie tego rzekomego "powieszenia się" było kilkakrotnie wznawiane i uzupełniane dodatkowymi czynnościami śledczymi na skutek skarg matki "samobójcy". Uzupełnienia te dotyczyły wielu czynności o podstawowym dla sprawy znaczeniu, jak np. badania śladów krwi na ścianie pomieszczenia, w którym rzekomo powiesił się S. Romanowski czy też wyjaśnienia okoliczności, w jakich "samobójca" doznał obrażeń, których niewątpliwie nie miał, wchodząc do aresztu.

Śp. Jan Krawiec
On również miał powiesić się w areszcie RUSW, tyle, że w Miechowie. Prokuratorzy prowadzący postępowanie postępowanie w tej sprawie od początku "wierzyli" tylko i wyłącznie w wersje o samobójstwie. W związku z tym nikt nie wyjaśnił sprzeczności pomiędzy zeznaniami świadków, a także - co najistotniejsze - nie zrobiono zupełnie niczego dla sprawdzenia wersji mówiącej o pobiciu J. Krawca po jego zatrzymaniu, mimo że ojciec "samobójcy" podał nazwiska świadków tego pobicia. Odrzucono również prośbę ojca J. Krawca o przeprowadzenie eksperymentu, który pozwoliłby wyjaśnić, czy możliwe było przeciągnięcie koszuli zmarłego, z jakiej zrobiona była pętla, przez drobną siatkę zabezpieczającą okno. W prowadzonym postępowaniu brał udział funkcjonariusz, który był wcześniej przesłuchiwany w charakterze świadka i będący jednocześnie osobą podejrzaną, co stanowiło złamanie ówczesnego prawa PRL. Do akt całej sprawy włączono notatkę niesprawdzone, ale za to perfidnie zniesławiające rodzinę zmarłego informacje. Dodatkowo pod protokołem sekcji zwłok J. Krawca nie podpisał się ani jeden biegły, pod protokołem oględzin miejsca zdarzenia nie wszyscy, którzy brali w tej czynności udział.

Śp. Marian Klupczyński
W postępowaniu dotyczącym śmierci M. Klupczyńskiego nie wyjaśniono (bo przecież po co) wszystkich wątpliwości, dotyczących możliwości oddalenia się go z korytarza RUSW w Śremie, w którym to został umieszczony i w którym był - jak zeznał jeden ze świadków - funkcjonariuszy MO - "systematycznie obserwowany przez funkcjonariuszy pełniących służbę w dyżurce RUSW" oraz dokonania przez niego samobójstwa. Zeznania świadków - funkcjonariuszy MO - zawierają liczne sprzeczności. Co więcej, swym postępowaniem odnośnie "samobójstwa" M. Klupczyńskiego owi funkcjonariusze naruszyli przepisy zarządzeń ministra spraw wewnętrznych dotyczące zatrzymywania osób przez organa MO oraz zabezpieczenia technicznego i wyposażenia aresztów. (Nie)Uzasadnione wydaje się powierzenie dokonania ekspertyzy porównawczej pisma ręcznego oraz badań mechanoskopijnych i fizykochemicznych sznurowadeł, na których miał się powiesić M. Klupczyński, Wojewódzkiemu Urzędowi Spraw Wewnętrznych w Poznaniu, a więc urzędowi zwierzchniemu nad tym, który odpowiadał za ewentualne nieprawidłowości, których rezultatem była śmierć M. Klupczyńskiego.

Śp. Janusz Sierocki
Postępowanie w sprawie tego "samobójstwa" prowadzone było w iście niespotykanym pośpiechu, bez zebrania koniecznych, żeby nie napisać, jakichkolwiek dowodów i ich chociażby pobieżnego zbadania. Świadkowie - funkcjonariusze MO, którzy przed "samobójstwem" weszli do mieszkania J. Sierockiego zeznali, że on sam po prostu wyskoczył przez okno. Świadek, który widział natomiast wszystko z zewnątrz budynku zeznał natomiast, że "samobójca" leciał tyłem, co sugeruje wyrzucenie go przez to okno.

Śp. Grzegorz Pietrzak
Postępowanie w tej sprawie zostało bezzasadnie umorzone. Nie uwzględniono w nim bowiem wniosków dowodowych pełnomocnika pokrzywdzonego. Nie wyjaśniono ogromnych sprzeczności w zeznaniach świadków - funkcjonariuszy, co do stanu psychicznego G. Pietrzaka w ostatnich godzinach przed śmiercią. O ile funkcjonariusze przesłuchujący G. Pietrzaka podkreślali, że zachowywał się on w dniu śmierci niezwykle spokojnie, o tyle inny funkcjonariusz zeznał, że po powrocie z pierwszego przesłuchania G. Pietrzak był roztrzęsiony i panicznie przestraszony.

Niedługo opiszę następne zbrodnie PRL, w związku z którymi tak namiętnie się w mediach milczy i które pozwalają robić ze zbrodniarzy i morderców ludzi honoru oraz bohaterów.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie