Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2013

Aparat Represji PRL cz.2

Madzia dzisiaj powiedziała do mnie, żebym "napisał w końcu coś na blogu". W związku z tym nie mam wyjścia :-)


Zamieszanie, które w tym tygodniu rozpoczął swoim paszkwilem na temat profesora Chrisa Cieszewskiego red. Tomasz Sekielski po raz kolejny pokazało jak wiele Polska straciła na oddaniu po roku 1989 MSW w ręce człowieka honoru generała Czesława Kiszczaka i jak wielkim żartem historii było to wszystko, co działo się w Polskim Sejmie w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku, kiedy to sprzymierzone siły postkomunistów, lewicy laickiej i "racjonalnej" części przedstawicieli obozu "Solidarności" zablokowały akcję lustracyjną.

W związku z tym postanowiłem dzisiaj napisać zapowiedzianą dawno temu kontynuację tekstu dotyczącego Aparatu Represji PRL.


Opublikowana w roku 1960 Instrukcja nr 03/60 z dnia 2 VII 1960 o podstawowych środkach i formach pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa podkreślała, że SB już nie powinna a musi korzystać z pomocy obywateli, przez co wprowadzone zostało do użycia pojęcie obywatelskiej pomocy. Osoby, które dobrowolnie, bez jakiegokolwiek przymusu ani formy zadośćuczynienia, wynagrodzenia etc przekazywały SB informacje nazywano pomocą samorzutną.
Jednak dużo większą rolę miały w tym przypadku odgrywać te osoby, do których mieli docierać funkcjonariusze SB. Instrukcja wyjaśniała, że w pierwszej kolejności chodzi o osoby "na których pomoc i dyskrecję można liczyć" oraz, że "zwykle będą to ludzie znani ze swojej pozytywnej postawy i przychylnego ustosunkowania się do władz państwowych".

Drugą grupą osób, do których mieli docierać funkcjonariusze SB, mieli być ludzie, "którzy z racji zajmowanego stanowiska zawodowego posiadają w zasadzie obowiązek meldowania o przejawach działalności przestępczej".

Trzecią grupę zainteresowania SB miały stanowić osoby, które miały stałą styczność z osobami i/lub zagadnieniami, którymi interesowało się SB.

W praktyce operacyjnej z trzech powyższych grup utworzono pomoc obywatelską. Mimo, że nie uwzględniono tego w Instrukcji..., to w praktyce operacyjnej używano podziału na: kontakt obywatelski (osoby pozytywnie ustosunkowane do PRL), kontakt poufny, kontakt służbowy (w obu przypadkach - osoby sprawujące funkcje i zajmujące stanowiska, którymi interesowali się funkcjonariusze SB).

Instrukcja nr 03/60 z dnia 2 VII 1960 o podstawowych środkach i formach pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa wprowadzała również po raz pierwszy podstawową kategorię Osobowych Źródeł Informacji, która zastąpiła agenta i informatora. Kategorią tą był TAJNY WSPÓŁPRACOWNIK, czyli osoba mająca bezpośrednie dotarcie do ludzi pozostających w zainteresowaniu operacyjnym SB i cieszących się zaufaniem uznanych za wrogie środowisk - dzięki czemu mogła ona wykonywać zlecane jej zadania.

Kolejne zmiany wprowadziła instrukcja z 1970 roku, która co prawda utrzymała kategorię tajnego współpracownika, jednak obywatelską pomoc zastąpiono w niej kontaktem służbowym i kontaktem operacyjnym. Do tego wprowadzono nową kategorię - konsultanta.

Tajni współpracownicy w latach 1970-1989 "to osoby celowo pozyskane do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa i wykonujące zadania w zakresie zapobiegania, rozpoznawania i wykrywania wrogiej działalności".

Kontakty służbowe
w latach 1970-1989 utrzymywano z pracownikami zakładów pracy, urzędów i innych instytucji a ich celem było głównie współdziałanie bezpieki i kierownictw tychże zakładów w zakresie ochrony interesów dyktatury panującej wówczas w Polsce.

W latach 1970-1989 kontakty operacyjne "z obywatelami nawiązuje się w celu zorganizowania wstępnych informacji interesujących SB w tych wszystkich wypadkach, gdy nie zachodzi potrzeba angażowania tajnych współpracowników. Kontakty operacyjne mogą być również wykorzystywane do sprawdzania wstępnych informacji otrzymywanych z innych źródeł".

Konsultanci SB w latach 1970-1989, to osoby zaangażowane do pomocy SB, które potrafiły wesprzeć bezpiekę specjalistyczną wiedzą.

W grudniu 1989 roku wprowadzono ostatnią instrukcję, która obowiązywała przez kilka następnych miesięcy do przełomu marca i kwietnia 1990 roku. Jako główną kategorię OZI utrzymano w niej tajnego współpracownika ("tajnym współpracownikiem jest osoba pozyskana do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa w celu uzyskiwania w sposób tajny informacji dla tej służby oraz realizacji innych zadań").

Wprowadzono również osobę informującą, bądź co bądź - nieoficjalnego konfidenta - która zastąpiła kontakty operacyjne jak i służbowe ("osoba informacyjna jest osobą, która doraźnie, w sposób tajny pomaga SB, w szczególności przez udzielenie informacji interesujących tę służbę, o osobach, zdarzeniach i zjawiskach").

Utrzymano również kategorię konsultanta, który wykorzystując swoją specjalistyczną wiedzę świadczył SB usługi w zakresie ocen, ekspertyz czy też tłumaczeń językowych, niezbędnych w działaniach operacyjnych.

W przyszłości na pewno będę jeszcze wracał do tematu OZI i całego aparatu represji PRL i opiszę np. jak werbowano ludzi, jednak kiedy to nastąpi? Tego nie wiem. Wiem jedno - nie obiecuję, ponieważ znowu nie wywiążę się z terminu :-)

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie!

poniedziałek, 21 października 2013

Aparat Represji PRL cz.1

Przepraszam wszystkich za dość długą nieobecność. Mam nadzieję, że teraz będzie więcej czasu do nadrobienia wszystkich zaległości.

Tym postem chciałbym rozpocząć cykl kilku postów, które mam nadzieję, napiszę w krótszych odstępach czasu niż ostatnio miało to miejsce a ich tematem przewodnim będą Tajni Współpracownicy.
Powiem szczerze, że bardzo długo zabierałem się za pisanie tego posta. Chyba 2 albo 3 tygodnie temu zapowiedziałem go Krzysztofowi Klebachowi z "Klubu Gazety Polskiej Będzin II", jednak zawsze albo brakowało czasu, natchnienia albo dokumentów. Dzisiaj jednak zmobilizowała mnie do jego napisania audycja, jakiej wysłuchałem na NiepoprawneRadio.PL, pt. "Spotkanie autorskie: Sławomir Cenckiewicz, Antoni Macierewicz, Krzysztof Wyszkowski - 'Wałęsa. Człowiek z teczki'". Przejdźmy może jednak do rzeczy.


Lech Wałęsa był Tajnym Współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie "Bolek" - takie jest oficjalne stanowisko Instytutu Pamięci Narodowej. Tajny Współpracownik nie był jednak tylko i wyłącznie kapusiem, konfidentem czy też "romantycznym bohaterem", który został zmuszony do takiego postępowania, mimo że tak naprawdę tego nie chciał oraz (co jest chyba najczęściej podkreślane) nikomu swymi donosami krzywdy nie zrobił.

W lutym 1945 roku wydano "Instrukcję (tymczasową) [o] pozyskiwaniu, pracy i ewidencji agenturalno-informacyjnej sieci". Po raz pierwszy zostały wówczas zdefiniowane dwie kategorie OZI (Osobowych Źródeł Informacji) a były nimi: agent i rezydent.

W tejże "Instrukcji..." stwierdzono, że agentem jest człowiek "wierny" i "oddany" funkcjonariuszom UB. Rezydentem natomiast był agent, który przejmował od funkcjonariusza UB łączność z kilkoma innymi agentami. "Instrukcja..." informowała, że rezydent:
"musi się z nimi [agentami - przyp. Geolog] regularnie spotykać, przyjmować od nich agenturalne doniesienia i dawać im instrukcje z zlecenia. Z rezydentem spotyka się operacyjny pracownik, który przyjmuje od niego agenturalne doniesienia, zapoznaje się z nimi i wydaje przez rezydenta zlecenia i instrukcje do dalszej pracy dla każdego agenta oddzielnie".
Rezydenturą nazywano wówczas sieć agenturalną pozostającą na kontakcie określonego rezydenta.

15 sierpnia 1953 roku, rozkazem ministra bezpieczeństwa publicznego, wydano kolejną instrukcję, która doprecyzowała kwestię poruszone w sposób pobieżny 8 lat wcześniej. W porównaniu z poprzednią instrukcją doprecyzowała ona informacje, kim jest agent oraz wprowadzała nową kategorię współpracownika jakim był informator.

Według instrukcji z 1953 roku agent "miał być osobą, która bezpośrednio tkwiła w organizacji prowadzącej antysystemową działalność lub mogła uzyskać do niej bezpośredni dostęp".
W instrukcji z roku 1955 dodano dodatkowo informację mówiącą, że agent "powinien być wykorzystywany w zasadzie w rozpracowaniach operacyjnych oraz w sprawach operacyjnego sprawdzania - czyli w ramach poważniejszych działań resortu".

W odróżnieniu od agenta informator posiadał łączność z organizacją, która została uznana za wrogą lub potencjalnie zagrażała bądź mogła zagrażać komunistycznej dyktaturze. Informatorzy byli również werbowani w tak zwanych celach profilaktycznych, czyli w tym wypadku "do inwigilacji osób podejrzanych", "do operacyjnej ochrony obiektów specjalnych" itd.

Najprościej rzecz ujmując - różnica między agentem a informatorem polegała na tym, że agent tkwił w organizacji realnie walczącej z systemem, natomiast informator miał z nią jedynie kontakt lub należał do środowiska (delikatnie mówiąc) nieprzychylnego komunistom, ale nie przejawiającego aktywności. Zadanie informatora polegało w zasadzie tylko i wyłącznie na zbieraniu informacji. Agent zaś miał realne możliwości nie tylko dostarczania informacji, ale także realizowania zadań i inicjowania kombinacji operacyjnych.

Instrukcja z 1953 roku poza dodaniem informacji, że rezydent powinien kierować w zasadzie siecią informatorów a agentami tylko i wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach nie zmieniała w zasadzie w wypadku rezydentów niczego więcej. Dopiero instrukcja wydana 2 lata później podkreślała, że rezydentami powinni być tylko sprawdzeni członkowie lub kandydaci na członków PZPR.
Jeśli zaś chodzi o rezydenturę instrukcja z 1953 roku informowała, że powinna ona obejmować konkretny obiekt lub obszar, np. gminę, wioskę, urząd a nawet statek morski.

Od przełomu lat 40. i 50. funkcjonowała w praktyce operacyjnej kategoria kontaktu operacyjnego, która nie została ujęta w żadnej z dotychczas wymienionych instrukcji. Kontaktem operacyjnym była osoba, która nie podpisywała zobowiązania do współpracy i najczęściej nie oczekiwano od niej realizacji zleconych zadań (korzystano jedynie z jej naturalnych możliwości) a informacje najczęściej podawała ustnie. Kontaktami operacyjnymi najczęściej byli członkowie PZPR. Działo się tak ponieważ wprowadzono zakaz werbunku członków PZPR a określenie kogoś mianem kontaktu operacyjnego było prostym i wygodnym ominięciem owego zakazu.

Na dzisiaj chyba wystarczy. W następnym tekście zajmę się kolejnymi latami PRL i kolejnymi kategoriami osobowych źródeł informacji UB-SB a wierzcie mi - trochę jeszcze tego jest. Muszę jednak napisać kilka zdań o każdej z grup OZI, żeby móc przejść do opisu werbunku i zadań OZI.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

wtorek, 4 czerwca 2013

4 czerwca 1989 - Początek końca "Solidarności"

http://bi.gazeta.pl/im/3/7030/z7030323Q.jpg

Dzisiejszy tekst chciałbym rozpocząć poleceniem wydanym 26 czerwca 1989 roku przez szefa SB gen. Henryka Dankowskiego swoim podwładnym:

"ze względu na sytuację, jaka wytworzyła się po wyborach do Sejmu i Senatu proszę o przesłanie w trybie pilnym na moje ręce następujących dokumentów:
1. Charakterystykę aktualnie wybranych posłów i senatorów, będących aktualnie naszymi współpracownikami [...] proszę uwzględnić stopień ich związania z naszą służbą, dyspozycyjność w realizacji zadań, a także ugrupowanie polityczne, które reprezentują.
2. Charakterystykę osób, które nie są formalnie naszymi współpracownikami, lecz z którymi w różnej formie utrzymywany jest stały lub okresowy kontakt operacyjny [...]. Osoby z w[yżej] wym[ienionych] grup, które są zarejestrowane w ewidencji Biura "C" (tajni współpracownicy, kontakty bądź zabezpieczenie) należy zdjąć z ewidencji operacyjnej [...] nie powinno to oznaczać przerwania kontaktu operacyjnego. Przeciwnie, należy podejmować różnorodne działania, by osoby te były coraz bardziej związane z nami i coraz bardziej dyspozycyjne w realizacji zadań [...]".

Jak podają źródła IPN w tamtym czasie miało być w Polsce około 100 tys. Tajnych Współpracowników SB. Tego możemy być pewni. Ile natomiast osób było wówczas w jakikolwiek sposób uwikłanych w kontakty z komunistycznym aparatem represji? 200 tysięcy? 300 tysięcy? Może więcej... Wiadomo na pewno również, że dominującą ich część stanowili reprezentanci ówczesnej opozycji, środowisk naukowych, artystycznych, twórczych, dziennikarskich etc.

Czy możemy mówić, że w wyborach 4 czerwca 1989 roku komuniści ponieśli klęskę? Nie możemy, bowiem Komitet Obywatelski otrzymał tyle głosów, ile miał otrzymać, czyli legendarne 35%. Wynik ten nie był żadnym zaskoczeniem dla partyjnych towarzyszy, ponieważ został on z góry ustalony podczas obrad "okrągłego stołu" i skutecznie uniemożliwiał przeciwstawienie się "konstruktywnej" opozycji towarzyszom z PZPR.
Drugim argumentem podważającym mit 4 czerwca 1989 roku było - zgodnie z sowieckim wzorcem - przesunięcie centrum władzy z KC PZPR do pałacu prezydenckiego. Do kompetencji przyszłego prezydenta, którym miał zostać towarzysz generał Wojciech Jaruzelski miało należeć m. in. uznaniowe prawo do rozwiązania kontraktowego parlamentu.
Dzisiaj zwolennicy 4 czerwca 1989 roku mówią: "Ale przecież ekipa Jaruzelskiego skapitulowała, ponieważ opozycja miała swojego premiera w osobie Tadeusza Mazowieckiego". W mojej ocenie ten gest dobrej woli ze strony Jaruzelskiego i reszty towarzyszy miał przede wszystkim wytworzyć wśród okrągłostołowej opozycji przede wszystkim poczucie wdzięczności na zasadzie "choć nie musimy, to oddajemy wam władzę". Ta wspaniałomyślność do dziś jest gloryfikowana przez rzesze polskich autorytetów moralnych.
Rzeczywistość jednak wyglądała zupełnie inaczej - komuniści utrzymali bowiem jeszcze przez długi czas najważniejsze narzędzie kontroli nowego-starego systemu jednocześnie zabezpieczając ostatecznie swoje interesy zarówno biznesowe jak i polityczne. Spowolnienie procesu demokratyzacji, utrzymanie niemal całkowitej kontroli nad resortami siłowymi i ciągłe przedłużanie trwania kadencji parlamentu kontraktowego, brak lustracji i dekomunizacji oraz wiele innych, dziś zapomnianych spraw - to największe sukcesy ówczesnej ekipy Jaruzelskiego, z którymi ówczesna opozycja nie potrafiła i nie chciała sobie poradzić. Jaki wpływ mogli mieć na to zmobilizowani przez gen. Henryka Dankowskiego Tajni Współpracownicy? Tego się chyba już nigdy nie dowiemy.

W marcu i kwietniu 1990 roku na Węgrzech przeprowadzono w dwóch turach wolne wybory. W marcu 1990 roku to samo miało miejsce w NRD, w maju 1990 roku w Rumunii, w czerwcu 1990 roku w Czechosłowacji i Bułgarii.
W Polsce pierwsze wolne wybory do Sejmu i Senatu przeprowadzono dopiero na jesień 1991 roku. Polska była wówczas ostatnim krajem byłego bloku wschodniego, w którym wyłoniono parlament w wolnym głosowaniu!

Dzisiaj, 24 lata później, mało kto chce rozmawiać o faktach i ich konsekwencjach dla współczesnej Polski, ponieważ jesteśmy świadkami batalii moralnej. Środowisko związane z opozycją konstruktywną, "Gazetą Wyborczą" etc wciąż mówią o "jedynej drodze", która mogła zapewnić Polakom wyjście z komunizmu. Drogą tą było dogadanie się z komunistami.
Rozważania w stylu "Co by było gdyby...?" są dziś zadaniem dla pisarz political-fiction. W mojej ocenie nie można jednak mówić o tylko jednej możliwości wyjścia z sytuacji i/lub że była ona pod każdym względem najlepsza.
Przytoczony przeze mnie na początku cytat pokazuje jak dopracowana była taktyka ekipy Wojciecha Jaruzelskiego. Taktyka ta zapewnia do dziś odpowiednie korzyści odpowiednim ludziom.
4 czerwca 1989 roku nie skończył się w Polsce komunizm. 4 czerwca 1989 roku przedstawiciele Komitetu Obywatelskiego i "Solidarności" po prostu zapomnieli, że listę krajową poparło kilka milionów Polaków. Między innymi dzięki temu postkomuna wróciła do władzy w 1993 roku.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

poniedziałek, 4 marca 2013

Mitologia III RP - Mit Okrągłego Stołu cz.2


Poprzedni wpis zakończyłem krótką wzmianką zhańbienia swoich nazwisk przez przedstawicieli "lewicy laickiej" bądź też - OPOZYCJI RACJONALNEJ. Dzisiaj chciałbym rozpocząć od przedstawienia drugiego nurtu ówczesnej polskiej opozycji - tzw. oszołomów.

Przedstawiciele tychże oszołomów uważali, że należy bez jakiegokolwiek kompromisu dążyć wszelkimi dostępnymi środkami do pozbawienia komunistów władzy. O tym, że było to całkiem realne postanowienie świadczyło wyraźne osłabienie systemu komunistycznego nie tylko w PZPR, ale we wszystkich krajach bloku wschodniego.

Opozycjoniści reprezentujący ten pogląd, którzy byli skupieni wokół:
- Grupy Roboczej Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność", czyli wokół m.in. Andrzeja Gwiazdy i Andrzeja Słowika,
- "Solidarności Walczącej" Kornela Morawieckiego,
- Konfederacji Polski Niepodległej Leszka Moczulskiego,
- Niezależnego Zrzeszenia Studentów,
- Federacji Młodzieży Walczącej,
- ruchu "Wolność i Pokój",
- Liberalno-Demokratycznej Partii Niepodległość i wielu innych mniej znanych organizacji anty-systemowych uważali, że negocjacje z komunistami są zdradą ideałów, za które dotąd walczyli, cierpieli, byli internowani, bici, mordowani. Systemu nie należy reformować, tylko należy go odrzucić i unicestwić - jak wówczas mawiali oszołomy.

Niewyobrażalna klęska, jaką w wyborach w czerwcu 1989 ponieśli towarzysze Jaruzelskiego chyba najlepiej ukazuje, że to właśnie OPOZYCJA REAKCYJNA ze swoimi oszołomami miała rację.

Konflikt pomiędzy tymi dwoma nurtami polskiej opozycji w kolejnych miesiącach i latach jeszcze bardziej się pogłębił i zyskał miano wojny polsko-polskiej. Oszołomy zażądały jak najszybszego unieważnienia ustaleń okrągłostołowych i rozpisania nowych, w pełni demokratycznych wyborów. Ostatecznie jednak Polska, która była uważana za symbol początku przemian roku 1989, za symbol zerwania żelaznej kurtyny była ostatnim krajem bloku wschodniego, w którym przeprowadzono wolne wybory parlamentarne.

Wielki mit "Okrągłego stołu", wielki mit "założycielski III RP", mit historycznego kompromisu między komunistami a opozycją są zawsze związane z mową o "jedynej drodze", jaką wówczas mogła pójść Polska. Drogą tą mogło być tylko i wyłącznie dogadanie się z komunistami.

Nie wiemy jak wyglądałbym scenariusz alternatywny, gdyby w którymś momencie sprawy potoczyły się inaczej niż "architekci przemian" założyli. Jest to zadanie do autorów science-fiction... W mojej ocenie nie ulega jednak jakiejkolwiek wątpliwości, że pod koniec lat 80. istniała również inna droga, tak jak podczas wszystkich najważniejszych wydarzeń w dziejach Polski i świata, które mogły mieć wiele przebiegów. Sam fakt, że ówczesna "grupa trzymająca władzę" zdecydowała się na takie, a nie inne rozwiązanie nie jest jakimkolwiek argumentem do stwierdzenia i trwania w przekonaniu, że było to najlepsze rozwiązanie. Opozycję zasiadającą do "Okrągłego stołu" można usprawiedliwić tylko jednym - mieli oni zafałszowane wyobrażenie o sile reżimu oraz pamiętając wybuch Stanu Wojennego. Opozycjoniści (a na pewno część z nich) bali się, że władze PRL posiadają potencjał militarny, mimo że w rzeczywistości go nie miały. Podobnie wyolbrzymiano możliwości Kremla i ZSRR.

Dzisiaj, prawie 24 lata później, możemy spojrzeć z dużym dystansem na istotę opisywanego przeze mnie mitu. Mamy coraz więcej historyków, którzy mogą przekazywać społeczeństwu prawdziwą, a nie "groteskową", "słodką", "zabawną" twarz komunizmu i jego zbrodniarzy. Dziś możemy głośno mówić o ich zbrodniach i nazywać ich mordercami, a nie "ludźmi honoru". Możemy dziś na podstawie ujawnionych dokumentów spokojnie prześledzić jak w rzeczywistości wyglądała polska transformacja. Warto o tym pamiętać i trzeba z tego korzystać!

Mam nadzieję, że te dwa teksty, w których bardzo pokrótce chciałem zrelacjonować "Okrągły stół" i drugą komunistyczną odwilż skłonią przynajmniej niektórych do wgłębienia się w tą tematykę i trochę bardziej szczegółowej analizy tamtych wydarzeń.
Czy "Okrągły stół" był zdradą? Lech Kaczyński, który był jedynym opozycjonistą obecnym każdego dnia w Magdalence powiedział, że w Magdalence nie było żadnej zdrady. Doszło za to do fraternizacji między opozycją a komunistami. Tylko troje opozycjonistów: Lech Kaczyński, Władysław Frasyniuk i Tadeusz Mazowiecki nie brało w tym udziału. I to jest właśnie ten problem - jak wynika bowiem z innych wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego - opozycjoniści naprawdę mieli wówczas w pamięci stan wojenny. Czy jednak był to powód do haniebnego picia wódki z komunistycznymi zbrodniarzami i oddania Polski bez jakiejkolwiek walki? Czy był to powód do nazwania ich "ludźmi honoru"? Oczywiście, że nie! A w moim przekonaniu już sama fraternizacja jest zdradą i wbiciem społeczeństwu noża w plecy.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

niedziela, 3 marca 2013

Mitologia III RP - Mit Okrągłego Stołu cz.1

http://img509.imageshack.us/img509/3350/magd01ni6.jpg

Na początku przepraszam za moją dłuższą nieobecność, ale wypadek losu sprawił, że zerwałem w pracy więzadła krzyżowe i byłem trochę ubezwłasnowolniony z tego powodu. Dodatkowo zmieniałem dostawcę Internetu i to również wydłużyło okres mojej nieobecności.

Chciałbym dzisiaj rozpocząć kolejny cykl kilku tekstów, które będą tym razem związane z największymi mitami politycznymi III RP, które są jednocześnie mitami historycznymi, mającymi swój początek w PRL.

Chyba należy rozpocząć od tego, że obecnie jednym z najważniejszych nurtów, czegoś co w III RP jest, zupełnie nie wiem czemu, nazywane debatą publiczną jest włączanie historii w spory polityczne. Oczywiście mam tu na myśli tą "jedynie słuszną" historię. Wydarzenia, które są dziś konsekwentnie przez kolejnych historyków bagatelizowane, przedstawiane w najczarniejszym świetle jak zdrady narodowe, takie jak wprowadzenie stanu wojennego, gierkowski "cud gospodarczy" etc zostały już na samym początku istnienia III RP zmitologizowane i perfidnie zakłamane na potrzeby "odwilży", jaką zafundowano nam po 1989 roku. Dlaczego odwilży? Ponieważ przypomina mi to trochę sytuację z towarzyszem Gomułką i jego odwilżą. Wówczas również dano ludziom troszkę przywilejów i wolności, którą następnie stopniowo ograniczano w trochę dłuższym okresie czasu. Wówczas to właśnie Gomułka był "naszym człowiekiem", a do głosowania na niego zachęcał sam Kardynał Tysiąclecia - Stefan Wyszyński. Po roku 1989 również głosowaliśmy na "naszych ludzi" (z wyjątkiem wyborów w 1993 i 2001 roku). Co z tego mamy?

Pierwszym mitem, od którego wszystko się rozpoczęło jest "Okrągły stół" i cały proces, który do niego doprowadził. W mediach, w podręcznikach do historii, w powszechnej świadomości wielu Polaków są zakorzenione tezy sformułowane na potrzeby propagandy "historycznego kompromisu dwóch stron podziału w PRL".
3 najważniejsze z nich to:
- przełom roku 1989 był wspólnym dziełem "liberalnego" skrzydła w PZPR oraz "realistycznej" części opozycji;
- "Okrągły stół" był udaną próbą demokratyzacji systemu,
- celem "liberalnego" skrzydła PZPR było podzielenie się władzą z opozycją.

Dzisiaj każdy, kto nie ma klapek na oczach wie, że celem komunistów nie było podzielenie się władzą z odpowiednimi opozycjonistami, takimi jak Profesor Geremek czy też Jacek Kuroń, ale jej utrzymanie.

Towarzysz generał Wojciech Jaruzelski wraz ze swoimi najbliższymi współpracownikami - Czesławem Kiszczakiem, Stanisławem Cioskiem, Jerzym Urbanem, a później także Januszem Reykowskim oraz "młodzieżą", czyli Aleksandrem Kwaśniewskim czy Leszkiem Millerem - nie mieli zamiaru dzielić się władzą. Powtarzam to po raz kolejny, a jeśli będzie trzeba, to zacznę o tym krzyczeć. Dla komunistów "Okrągły stół" miał być tylko socjotechniczną operacją pozwalającą na ukazanie "ludzkiego oblicza" reżimu. Zgodzili się oni bowiem na wprowadzenie części opozycji (oczywiście tej, która będzie z nimi współpracować) na salony przy jednoczesnym zagwarantowaniu sobie "Pakietu kontrolnego", czyli budując odpowiednie zabezpieczenia polityczne i gospodarcze przy współpracy agentury wszelkich szczebli.

Opozycja, bohaterowie narodu, ludzie skupieni wokół Lecha Wałęsy, "lewica laicka" - Geremek, Kuroń, Mazowiecki nie brali nawet pod uwagę upadku komunistycznego reżimu, tylko w myśl zasady sformułowanej w 1985 roku przez Adama Michnika  - domagali się prawa do uczestnictwa w legalnym - według standardów i prawa PRL (SIC!) - życiu politycznym. Czy jest sobie ktokolwiek w stanie wyobrazić większe skurwysyństwo? Bohaterowi podziemia brylujący już wówczas na europejskich salonach uznawali nienaruszalność sojuszu z ZSRR oraz trwałość Układu Warszawskiego, chcieli mieć jedynie wpływ na ewolucyjne reformowanie systemu PRL, które mogło trwać dziesiątki lat.

Kończę póki co, bo znowu zaczynam się denerwować, gdy po raz kolejny o tym myślę i przelewam na tekst. Tekst zostanie przeze mnie dokończony jutro.

Tomasz "Geolog"
 Pozdrawiam Serdecznie

piątek, 30 listopada 2012

"Odpieprzcie się od generała!"

http://oszustwo.eu/wp-content/uploads/2012/04/484567_10151866530530725_1643823274_n.jpg

Jak już wcześniej wspominałem, mimo dokumentów z rosyjskich archiwów, które zostały ujawnione w książce "Moskiewski proces", w których jest jednoznacznie powiedziane, że nie istniała możliwość wprowadzenia do Polski wojsk radzieckich w roku 1981, generał Jaruzelski i autorytety moralne wciąż tłumaczą społeczeństwu dobro, jakie Polska uzyskała, przez wprowadzenie stanu wojennego.

Towarzysz generał czynniki, które miały wpływ na jego decyzję opisał w wielu książkach. W jednej z nich znajduje się jego rozmowa, z jego serdecznym przyjacielem - Adamem Michnikiem. Rozmowa ta była prowadzona w sposób jednoznaczny, dający czytelnikowi do zrozumienia, że towarzysz generał w trudnych sytuacjach, jakie niósł ze sobą PRL, zawsze dokonywał jedynie właściwych i moralnie poprawnych wyborów.

Nawet jeśli znalazł się ktoś, kogo "argumenty" za wprowadzeniem stanu wojennego wynikające z tej rozmowy nie przekonały, to wystąpienie tych dwóch panów w telewizji francuskiej, w programie zatytułowanym Zbrodnia i przebaczenie, musiało go zawstydzić, zmusić do opamiętania i wskazać odpowiedni sposób myślenia i postrzegania tej zbrodni. Oczywiście, nie każdy człowiek posiada "dar", jaki posiada Adam Michnik, a przeciwnicy demokracji, nienawistnicy i zwykli szkodnicy znajdą się wszędzie i nawet wówczas we Francji znalazł się ktoś tak nikczemny i gardzący wolnością, kto miał czelność zapytać Adama Michnika, dlaczego zgodził się on na tego rodzaju rozmowę z generałem Jaruzelskim przed kamerami. Inny faszysta porównał towarzysza generała do Ceausescu - rumuńskiego odpowiednika Jaruzelskiego. Trudno więc być zdziwionym, że w pewnym momencie Adam Michnik popisał się tyleż historycznymi, co histerycznymi słowami: "Odpieprzcie się od generała!".

Akcja jaka do dziś jest prowadzona przez "Gazetę Wyborczą" i związane z nią i jej ideologią autorytety moralne i intelektualne w mojej ocenie miała bagatelny wpływ na ocenę stanu wojennego i czynów generała Jaruzelskiego przez polskie społeczeństwo. "Gazeta Wyborcza" bowiem przez cały czas swego istnienia ma (choć, dziękować Bogu, wciąż malejący) wpływ na poglądy i zachowania sporej części Polaków, a ich stosunek do tego pisma jest swego rodzaju wyborem Polski, w której każdy chciałby żyć.

Dziwne jest jednak dla mnie, że z przedstawionymi przeze mnie faktami, zachowaniami, wypowiedziami etc. zgadza się dziś, jakby nie patrzył połowa Polaków. Co roku w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego nie można usłyszeć jego jednoznacznego potępienia, tylko wielorakie próby jego usprawiedliwienia. Ciekawe czy w tym roku w programie Liska Chytruska lub jakiegoś innego "niezależnego dziennikarza" znowu będzie brylował towarzysz generał, któremu kolejny z ludzi "Solidarności" poda rękę i w imieniu społeczeństwa podziękuje za stan wojenny.

Nie dajmy się ogłupić. Komuniści nie byli, nie są i nigdy nie będą naszymi przyjaciółmi, a takich zbrodni jak stan wojenny nie można usprawiedliwiać i doszukiwać się w nich pozytywów.

13 grudnia odbędzie się w Warszawie marsz w obronie wolnych mediów, demokracji i wartości tworzących Polskę! Zapraszam wszystkich gorąco i serdecznie!

piątek, 23 listopada 2012

Cud, którego nie było

Pamięci mojego dziadka i mojej babci.
Panie świeć nad ich duszami.

 http://podziemiezbrojne.blox.pl/resource/Michnik_Jaruzelski.jpg

Chciałbym dzisiaj rozpocząć cykl kilku tekstów, których tematem przewodnim będzie stan wojenny oraz osoby i wydarzenia z nim związane.

Mówi się, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. W przypadku Rzeczypospolitej Polskiej często nie czyni jej nawet cały oddział jaskółek.

Specjalna uchwała Sejmu RP z listopada 1989 roku nakazała likwidację Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej (ORMO), przy jednoczesnym daniu zielonego światła na pozostawienie na czas nieokreślony na terenie III RP wojsk sowieckich. Chociażby z tego względu trudno mi dziś nazywać dzień 4 czerwca 1989 roku, dniem upadku komunizmu w Polsce.

II Rzeczpospolita w 1918 roku była dla Polaków pod tym względem znacznie łaskawsza, mimo że jej początek był nieporównywalnie trudniejszy niż III RP po "upadku PRL'". To, co Józef Piłsudski zrobił dla Polski i dla Polaków przed osadzeniem go przez Niemców w więzieniu znacznie ułatwiło społeczeństwu, gdy wrócił on do kraju, wybór właściwej drogi na przyszłość.

"Zasługi" towarzysza generała Wojciecha Jaruzelskiego, dzięki którym nowa polska pseudoelita usadowiła go w prezydenckim fotelu są oczywiście diametralnie wyimaginowane, niż rzeczywiste zasługi marszałka Piłsudskiego. Nie przeszkadza to jednak środowisku, które przyczyniło się do wyboru komunistycznego tyrana I Prezydentem III RP, do dziś nazywać go Zbawcą Narodu. Wydarzenia związane z upadkiem PRL, nazwane cudem i opisane przez Adama Michnika w "Gazecie Wyborczej", nijak mają się do Cudu nad Wisłą z 1920 roku.

Zakrojona na szeroką skalę i trwająca do dziś (mimo ujawnionych w latach 90. przez Władimira Bukowskiego dokumentów sowieckiego archiwum, które zostały opublikowane w książce "Moskiewski Proces", którą serdecznie polecam przeczytać) heroiczna według jednych i haniebna wobec innych akcja obrony "ludzi honoru", którą rozpoczęła "Gazeta Wyborcza" i Adam Michnik wciąż próbuje wmówić kolejnym Polakom, jak wielka była groźba interwencji sowieckiej w roku 1981, przez co wprowadzenie stanu wojennego było jedynym 'bezkrwawym wyjściem'.

"Opowiadam się przeciwko tak instrumentalnemu traktowaniu prawdy historycznej. Należę do formacji, która na własne oczy zobaczyła cud: Oto twórcy stanu wojennego przeobrazili się w architektów Okrągłego Stołu". (Adam Michnik)

Naprawdę ciężko mi uwierzyć, że ta cała "formacja", do której należał m. in. Adam Michnik, która określała się jako "lewica laicka" - de facto racjonaliści! - zaczęła wierzyć w cuda. 13 grudnia 1989 roku "Gazeta Wyborcza" (ze znakiem "Solidarności"), w ósmą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, rozpoczęła akcję uświadamiania Polaków o tym cudzie, m. in. stwierdzając, że po tylu latach "można spokojnie mówić o racjach obydwu obozów", a więc również "o zasługach tych z przeciwnego obozu, którzy zdali sobie sprawę z nieuchronności i konieczności przełomu, bez którego kraj pogrążyłby się w katastrofie".

Z tych słów, przynajmniej jak dla mnie, jednoznacznie wynika, że dla "formacji" reprezentowanej przez Adama Michnika, ani stan wojenny ani zapaść, która coraz bardziej pogrążała Polskę w latach 70. i 80. nie były żadną katastrofą, a wręcz samym dobrem. Ofiary stanu wojennego, ofiary roku 1970 zostały przez jego gazetę całkowicie przemilczane. Zamiast tego "Gazeta Wyborcza" zaserwowała czytelnikom na pierwszej stronie zdjęcie towarzysza generała Jaruzelskiego, będące zapowiedzią wywiadu z nim, który ukazał się na jej łamach kilka dni później.

Redaktorzy, zdając sobie sprawę, że niektórym czytelnikom, może się to delikatnie mówiąc, nie spodobać, wyjaśnili z zarezerwowaną dla siebie gracją i tolerancją, że użyczają łamów "Gazety Wyborczej" "racjom, z którymi całe lata walczyli i z którymi się nie zgadzają, gdyż są zdania, że racje te trzeba znać, a istotą demokracji (SIC!) i pluralizmu jest dialog sprzecznych racji". Może jestem zbyt głupi, ale w moim przekonaniu, w cywilizowanych społeczeństwach tzw. "dialog racji" między zbrodniarzem i jego ofiarami powinien się odbywać na sali sądowej za pośrednictwem prokuratora i obrońcy oskarżonego.

Nie tylko polskie społeczeństwo żyło w błędzie, uważając stan wojenny za zło, a Wojciecha Jaruzelskiego za zbrodniarza. Śp. Bronisław Geremek, który był obyty w świecie w wywiadzie dla "La Figaro" omówił specjalnie dla zagranicy zasługi gen. Jaruzelskiego stwierdzając jednocześnie, że wybranie towarzysza generała na I Prezydenta III RP... "zapobiegło wojnie domowej".

Z wiadomości docierających z Polski na Zachód na początku lat 80. nie wynikało (chyba, że zostało to zaszyfrowane niczym Enigma), żeby Polacy szykowali jakieś powstanie (jak to przecież mają od zawsze w zwyczaju) przed wprowadzeniem stanu wojennego. Na szczęście znalazł się ktoś, kto zauważył wystarczająco dużo powodów "żeby napisać książkę, w której wyeksponowawszy wątek pochodzeniowy Jaruzelskiego (ziemianin wychowany przez księży Marianów) i martyrologiczny (rzucany przez zły los na Sybir patriota, zmuszony do podejmowania trudnych decyzji), na zakończenie wyraził nadzieję, że być może nadarzą się szanse pojednania tego człowieka z krajem, gdy rozjaśni się otaczający go półmrok". "A dojść będzie mogło do tego jeśli polskie media oprzytomnieją i pojmą, że ich zadanie polega nie tylko na odgrzewaniu starych legend i dawnego obrazu wroga" - stwierdził autor "dzieła" Manfred E. Berger.


Polskie media pokazały wówczas i pokazują do dziś, że tak całkiem źle jeszcze z nimi nie jest. Wtedy "Trybuna" razem z "Polityką" oraz katolickim - Panie Boże, dopomóż! - "Słowem Powszechnym" zajęły się natychmiastowym lansowaniem książki Bergera, otwierając przez to towarzyszowi Jaruzelskiemu drogę na Zachód, który wraz z Adamem Michnikiem przy boku rozpoczął swoją akcję propagandową. Na letnim uniwersytecie w Hiszpanii "człowiek honoru" wyjaśnił zagubionej Europie, na czym polegał "WIELKI CUD", którego Adaś Michnik był świadkiem. Jeśli znalazł się ktoś, kogo wówczas nie przekonały słowa generała, to na pewno przekonał go akt wręcz symboliczny, jakim było przejście "na ty" - przy uroczystej kolacji, w obecności królowej Zofii - Adama Michnika - byłego więźnia totalitarnego reżimu - z człowiekiem uosabiającym całe zło, przeciwko któremu Adam Michnik walczył - towarzyszem generałem Wojciechem Jaruzelskim.

To "wydarzenie" nie mogło nie odcisnąć piętna na postrzeganiu świata i generała Jaruzelskiego przez przeciętnego polskiego inteligenta - czytelnika Gazety Wyborczej".