środa, 6 marca 2013

Ferdynand Goetel - "Zachód i Katyń"

Tak jak wczoraj zapowiedziałem - zamieszczam dzisiaj kolejny tekst Ferdynanda Goetela, pt. "Zachód i Katyń", który został po raz pierwszy opublikowany w piśmie "Wiadomości" w 1951 roku. Uniwersalizm tego tekstu tego tekstu sprawia, że ja osobiście nie czuję 62 lat różnicy między dniem dzisiejszym, a datą jego publikacji. W miarę możliwości, bardzo proszę Drogi Czytelniku, żebyś spojrzał na ten tekst również przez pryzmat katastrofy smoleńskiej...

Zresztą, cóż będę się rozpisywał. Niech samo przemówi pióro Mistrza - Ferdynanda Goetela.
Zapraszam do lektury:

http://www.pamietamkatyn1940.pl/upload/obowiazekpamieci/goetel_w_lesie_kat.jpg

"Pamiętam dobrze opór wśród tzw. miarodajnych czynników w Warszawie, jaki musiałem pokonywać w 1943 r. wyjeżdżając do Katynia. Po powrocie stoczyłem całą walkę, by sprawę narzucić polskiemu Czerwonemu Krzyżowi. W pierwszych dniach nie chciano jeszcze uwierzyć, iż zbrodnia jest dziełem bolszewików. Później, gdy wymowa zdarzenia stawała się coraz bardziej wyraźna, zrozumiano wreszcie całą grozę zbrodni, jej znaczenie polityczne. Wstrząs moralny nie był zapewne tak silny, jakby się tego można było spodziewać. Lata okupacji oswoiły już ludzi ze zbrodnią. Szaleństwo niemieckie przyczyniło się do tego, że Katyń oszołomił tylko na krótko opinię polskiego społeczeństwa. W chwili bowiem, gdy prasa i megafony niemieckie głosiły patetycznie szczegóły o Katyniu i piętnował Rosjan, pierścień gestapowców otoczył getto warszawskie, dokonując gigantycznych zbrodni wyniszczenia zamkniętych w nim Żydów. Przeciętny warszawiak, mając na oczach dowód tego, co popełnić są w stanie Niemcy, położył i Katyń na ich karb. Ludzie przenikliwsi zdawali sobie jednak sprawę, że wymordowanie jeńców polskich w Katyniu jest dziełem Rosjan. Wszakże był to okres, w którym działała już instrukcja "Burza" [1]. Przyspieszyć klęskę Niemiec, przyczynić się do niej, zaważyć w chwili zwycięstwa - oto były cele zbyt ważne, by występować z oskarżeniem przeciw jednemu z niemieckich sprzymierzeńców.

- Ja pana rozumiem - rzekł mi pewien konspiracyjny polityk.
- Sprawa jest ważna i nawet ma znaczenie historyczne, ale taktyka nie pozwala jej podejmować dziś.

Taktyka... Myślałem nieraz o niej. Pojęcie to ma z pewnością wielkie znaczenie w działaniu politycznym. Cóż jednak stanie się, gdy zastosujemy taktykę w sprawach moralnych? Czy można usprawiedliwić wytyczenie jakiegoś 38 równoleżnika na mapie sumienia, i osądzić, że jest to strefa nieprzekraczalna? A jednak linię taką wytyczono. Próba przełamania jej przez Sikorskiego skończyła się gorzką nauczką dla nietaktownych Polaków. Rosja zerwała stosunki dyplomatyczne z Polską, Zachód przyjął ten fakt do wiadomości, wszystko razem było wstępem do opuszczenia sprawy polskiej przez Zachód. Zmieciony z powierzchni ziemi, Katyń nie przestał istnieć jako zagadnienie moralne, dziś najcięższe i wciąż domagające się rozwiązania.

Taktyka spowodowała znane już umycie rąk przez trybunał norymberski. Taktyka zmusiła i Polaków, że na procesie norymberskim przedstawili jedynie bezimienną i słabo opracowaną broszurę i nie zdobyli się na stanowczy głos protestu, choć powinni byli już wiedzieć, że na arenie politycznej niewiele mamy do wygrania. Taktyka każe w sprawie Katynia milczeć oficjalnej opinii zachodniej i po dziś dzień. Jest co prawda w Ameryce komitet do sprawy Katynia pod przewodnictwem ambasadora Bliss-Line'a, człowieka najlepszej woli, ale drzwi Departamentu Stanu są dla niego zamknięte. Znana jest historia raportu ppłk. Van Vlieta [2]. Wiemy, że raport ten zniknął w tajemniczych okolicznościach. Nie mamy żadnych wątpliwości, czyja ręka dokument usunęła. Śledztwo podobno się toczy. Należy przypuszczać, że toczyć się będzie długo, tak długo jak tego wymagać będą względy taktyczne w stosunku do całej sprawy katyńskiej. Sądzę też, że dla Polaków jest rzeczą obojętną, kto i w jakich okolicznościach sprzątnął raport Van Vlieta. Ważne jest wytoczenie sprawy, która pomimo wszystkich taktycznych starań, dojrzewa i nabiera dynamicznego ciężaru, tak jak nabierają go zbrojenia całego zachodniego świata. Słyszę nieraz głos, że wytoczenie sprawy katyńskiej zbiegnie się z trzecią wojną światową. I chyba nie będzie inaczej. Wśród licznych spraw moralnych, powodujących dziś rozdźwięk pomiędzy Rosją i Zachodem, Katyń jest sprawą osobliwego znaczenia. Sam jeden wystarcza, by wywołać i usprawiedliwić wojnę.

Dobrze więc się stało, że wyszedł drugi nakład książki o Katyniu [3]. Czytelnik polski na obczyźnie jest już podobno przesycony relacjami z czasów okupacji. Odwracając się od ubiegłych lat, zapomina jednak, że rezygnuje tym samym z całego naszego przewodu, którym nie jest 'martyrologia', lecz właśnie nie wymierzona dotąd sprawiedliwość. Nie o mesjanizm chodzi, ale o nieustępliwe, wytrwałe i twarde żądanie rozrachunku. Świadectwem tej postawy jest właśnie książka o Katyniu.

Nie ma potrzeby roztrząsać jej z punktu widzenia dokumentacji. Przytoczone w niej fakty są już dostatecznie sprawdzone i skontrolowane. W nowym wydaniu książka zawiera niepodane dotychczas ilustracje i relacje, wyjątek 'katyński' z pamiętników Churchilla oraz sprawozdanie o amerykańskim raporcie ppłk. Van Vlieta. Innowacją jest również skorowidz nazw miejscowości i nazwisk.

Ale czy w następnym wydaniu nie należałoby omówić następstw, jakie wywołała zbrodnia katyńska? Nie chodzi mi tu o zdarzenia areny polityki światowej, ale o los kilku osób związanych ze sprawą katyńską. Pierwszą z nich jest dr med. Grodzki, który razem ze mną był w Katyniu w delegacji polskiej. Według posiadanych przeze mnie informacji, za których ścisłość ręczyć nie mogę, dr Grodzki został zamordowany przez bojówkę komunistyczną w lasach pod Jabłonną, jeszcze w 1943 roku [4]. Jak się przedstawia ta sprawa? Osobą drugą jest prokurator dr Martini, który po wejściu bolszewików do Polski prowadził dochodzenie katyńskie z ramienia prokuratury polskiej. Martini, jak wiadomo, został zastrzelony. Powodem miała być zemsta uwiedzionej przez niego dziewczyny, córki kompozytora Maklakiewicza. Zabójczyni, czy też zabójców nie pociągnięto do odpowiedzialności [5]. Byłoby rzeczą ważną, gdyby sprawa Martiniego została oświetlona, chociażby w zakresie znanych nam faktów i dat. Trzecią osobą jest Iwan Kriwoziercow, najważniejszy dziś nieżyjący świadek oskarżenia. Kto miał możliwość zetknąć się z tym człowiekiem i z jego furią wewnętrzną, z jaką chciał dojść prawdy o Katyniu, jak ważny był los i życie Kriwoziercowa. Przybył on do Anglii wraz z II Korpusem. Uzyskał prawo azylu i pracował na równi z innymi w jednym z prowincjonalnych miast Anglii. Przed dwoma laty zmarł. Autentycznej wersji jego zgonu nie można ustalić. Według jednym powiesił się na baraku, według innych zamordowano go w bójce w barze publicznym. Pytam, czy znane jest orzeczenie coronera ustalające przyczyną gwałtownej śmierci? Gdzie jest mogiła Kriwoziercowa? Sądzę, że ów 'dalszy ciąg' Katynia nie powinien być zlekceważony. Stanowi on ostrzeżenie nie tylko dla ludzi związanych ze sprawą katyńską pośrednio czy bezpośrednio. Jest przestrogą dla całego świata. Jest próbą posiania lęku i zdławienia każdego człowieka, który przezwycięża zmowę milczenia i przekracza równoleżnik wykreślony przez tchórzostwo i obawę spojrzenia prawdzie w oczy. Jest i świadectwem, że ręka skrytobójcza i kierująca nią wola działa nieprzerwania.

W dziejach ludzkości było wiele zdarzeń okrutnych i haniebnych. Wyrównane nie zostały nigdy, gdyż rozrachunek pomiędzy sprawiedliwością a zbrodnią nie jest nigdy zupełny i nie ma możliwości odpłacić złoczyńcy tą samą monetą okrucieństwa. Sprawiedliwość wydaje więc wyrok, na jaki ją stać - sumienie świata, choć i świadome, że nie wszystko zostało rozliczone, kładzie krzyż na sprawie.

Tak stało się ze zbrodniarzami wojennymi Niemców. Żadnej jednak ze zbrodni niemieckich podobnie jak żadnej ze zbrodni popełnionych dawnymi czasy, świadomie nie przemilczano. I nie ma doprawdy wypadku, by cenzura, ta oficjalna i ta publiczna, popierała skrytobójcę, nie dopuszczając w ogóle do wyjaśnienia przewodu zbrodni. I tu jest 'moralne' zwycięstwo, które odniósł i odnosi ciemny zbrodniarz katyński nad całym 'oświeconym' światem zachodnim, zwycięstwo, którego my, naiwni, romantyczni Polacy, zrozumieć nie chcemy i nie możemy, gdyż wchodzi w grę cała nasza wiara w Zachód i moralną wartość jego kultury."

1. Kryptonim planu i akcji zbrojnej AK w 1944 roku, który zakładał stopniową mobilizację oddziałów i atakowanie wycofujących się wojsk niemieckich, aby przywrócić władzę państwa polskiego przed wkroczeniem Armii Czerwonej.
2. Amerykański oficer John H. Van Vliet jako jeniec wojenny został skierowany przez Niemców do Katynia w kwietniu 1943 roku; przekonany o winie władz sowieckich, napisał w tym duch raport tuż po uwolnieniu w 1945 roku, który to raport został natychmiast utajniony przez Amerykanów i najpewniej zniszczony.
3. Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów z przedmową Władysława Andersa
4. Do dzisiaj niewiele wiadomo o dr Grodzkim, w tym o okolicznościach jego śmierci.
5. Roman Martini nie został zastrzelony - mordercy posłużyli się sztyletem i kluczem instalacyjnym. Jolantę Słapiankę skazano na 15 lat więzienia za współudział w zabójstwie. Do zabójstwa przyznał się też jej narzeczony, Stanisław Lubicz-Wróblewski, który po aresztowaniu zbiegł z więzienia i wstąpił do antykomunistycznej partyzantki. Ujęty ponownie, został skazany na karę śmierci - wyrok wykonano w 1947 roku.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

wtorek, 5 marca 2013

Ferdynand Goetel - "Czas pogardy"

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/a8/Ferdynand_Goetel_(1936).jpg

Poniższy tekst został po raz pierwszy opublikowany w piśmie "Nurt" (konspiracyjnym miesięczniku poświęconym kulturze, wydawanym w Warszawie od marca 1943 do maja 1944) w czerwcu 1943 roku. Zamieszczam go dzisiaj, ponieważ dawno nie czytałem tak konkretnego, rzeczowego i tak dobrego tekstu na temat totalitaryzmu i zbrodni katyńskiej, której 73. rocznica zbliża się wielkimi krokami.

Tekst jest dość krótki, ale jak dla mnie mówi więcej niż niejedno opracowanie.

Zapraszam do lektury:

"Ponura zbrodnia w Katyniu każe nam raz jeszcze zastanowić się nad dziwnym obliczem naszych czasów. "Mniejsza", że kilka tysięcy niewinnych ludzi skazano na śmierć bez sądu, wyroku i przygotowania do śmierci. Ważniejsze, że zamordowano oszczędnym, racjonalnym, my, ludzie ze skrupułami, powiedzielibyśmy "nikczemnym", strzałem w tył głowy. Najważniejsze, że egzekucji dokonali nie zawodowi oprawcy, ale "idealiści", ludzie wysoko zaufani w partii, która stoi na czele narodu, ludzie szczególnych zalet charakteru, którzy umieją mordować i milczeć, poza tym być normalnym, być może nawet wzorowym obywatelem.

Nie są oni rzecz prosta specjalnością rosyjską. Niemcy hitlerowskie pokazały nam też całą armię idealistów-oprawców, zdolnych wykonać bez zmrużenia powiek tyle wyroków, ile wytrzyma lufa rewolweru.

Walka totalna, jak wiadomo, opiera się na nienawiści wroga. Aby być w porządku z nienawiścią, trzeba wrogiem pogardzać. Nienawiść ułatwia bowiem zabójstwo, pogarda zwalnia od wyrzutów sumienia. Nienawidzony i pogardzany wróg nie jest wart więcej od jednej kuli i nie zasługuje na żaden ceremoniał przedśmiertny i pośmiertny. Logikę taką, choć wstrętną, jesteśmy jeszcze w stanie pojąć. Kłopotliwym będzie rozważanie, co się dzieje z pogardą dla własnych ludzi, którym powierza się odpowiedzialne funkcje mordercze? Czy jej nie ma?... Musi być! Inaczej na czele dzisiejszych państw totalnych staliby ci, którzy mają najwięcej trupów na rozkładzie. A nawet naczelnicy NKWD i Gestapo nie parają się czynnym morderstwem. Może gdzieś, kiedyś, raz i drugi, na początku kariery... Czy wreszcie mordercy-idealiści nie czują pogardy dla słabszych i bardziej "miękkich" od siebie i czy w końcu, gdy jednak ich minie "zasłużona" nagroda, nie zdławi ich pogarda dla samych siebie? Samobójczość systemu, który przez uświadomienie i wychowanie prowadzi do morderstwa polega na tym, że po morderstwie nie ma już żadnego kroku, ni wstecz, ani naprzód."

Postaram się w miarę możliwości jeszcze dziś bądź jutro zamieścić drugi tekst Ferdynanda Goetela dotyczący zbrodni katyńskiej, który napisał on w Wielkiej Brytani już po grudniu 1945, kiedy to musiał uciekać z Polski przed komunistami.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

poniedziałek, 4 marca 2013

Mitologia III RP - Mit Okrągłego Stołu cz.2


Poprzedni wpis zakończyłem krótką wzmianką zhańbienia swoich nazwisk przez przedstawicieli "lewicy laickiej" bądź też - OPOZYCJI RACJONALNEJ. Dzisiaj chciałbym rozpocząć od przedstawienia drugiego nurtu ówczesnej polskiej opozycji - tzw. oszołomów.

Przedstawiciele tychże oszołomów uważali, że należy bez jakiegokolwiek kompromisu dążyć wszelkimi dostępnymi środkami do pozbawienia komunistów władzy. O tym, że było to całkiem realne postanowienie świadczyło wyraźne osłabienie systemu komunistycznego nie tylko w PZPR, ale we wszystkich krajach bloku wschodniego.

Opozycjoniści reprezentujący ten pogląd, którzy byli skupieni wokół:
- Grupy Roboczej Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność", czyli wokół m.in. Andrzeja Gwiazdy i Andrzeja Słowika,
- "Solidarności Walczącej" Kornela Morawieckiego,
- Konfederacji Polski Niepodległej Leszka Moczulskiego,
- Niezależnego Zrzeszenia Studentów,
- Federacji Młodzieży Walczącej,
- ruchu "Wolność i Pokój",
- Liberalno-Demokratycznej Partii Niepodległość i wielu innych mniej znanych organizacji anty-systemowych uważali, że negocjacje z komunistami są zdradą ideałów, za które dotąd walczyli, cierpieli, byli internowani, bici, mordowani. Systemu nie należy reformować, tylko należy go odrzucić i unicestwić - jak wówczas mawiali oszołomy.

Niewyobrażalna klęska, jaką w wyborach w czerwcu 1989 ponieśli towarzysze Jaruzelskiego chyba najlepiej ukazuje, że to właśnie OPOZYCJA REAKCYJNA ze swoimi oszołomami miała rację.

Konflikt pomiędzy tymi dwoma nurtami polskiej opozycji w kolejnych miesiącach i latach jeszcze bardziej się pogłębił i zyskał miano wojny polsko-polskiej. Oszołomy zażądały jak najszybszego unieważnienia ustaleń okrągłostołowych i rozpisania nowych, w pełni demokratycznych wyborów. Ostatecznie jednak Polska, która była uważana za symbol początku przemian roku 1989, za symbol zerwania żelaznej kurtyny była ostatnim krajem bloku wschodniego, w którym przeprowadzono wolne wybory parlamentarne.

Wielki mit "Okrągłego stołu", wielki mit "założycielski III RP", mit historycznego kompromisu między komunistami a opozycją są zawsze związane z mową o "jedynej drodze", jaką wówczas mogła pójść Polska. Drogą tą mogło być tylko i wyłącznie dogadanie się z komunistami.

Nie wiemy jak wyglądałbym scenariusz alternatywny, gdyby w którymś momencie sprawy potoczyły się inaczej niż "architekci przemian" założyli. Jest to zadanie do autorów science-fiction... W mojej ocenie nie ulega jednak jakiejkolwiek wątpliwości, że pod koniec lat 80. istniała również inna droga, tak jak podczas wszystkich najważniejszych wydarzeń w dziejach Polski i świata, które mogły mieć wiele przebiegów. Sam fakt, że ówczesna "grupa trzymająca władzę" zdecydowała się na takie, a nie inne rozwiązanie nie jest jakimkolwiek argumentem do stwierdzenia i trwania w przekonaniu, że było to najlepsze rozwiązanie. Opozycję zasiadającą do "Okrągłego stołu" można usprawiedliwić tylko jednym - mieli oni zafałszowane wyobrażenie o sile reżimu oraz pamiętając wybuch Stanu Wojennego. Opozycjoniści (a na pewno część z nich) bali się, że władze PRL posiadają potencjał militarny, mimo że w rzeczywistości go nie miały. Podobnie wyolbrzymiano możliwości Kremla i ZSRR.

Dzisiaj, prawie 24 lata później, możemy spojrzeć z dużym dystansem na istotę opisywanego przeze mnie mitu. Mamy coraz więcej historyków, którzy mogą przekazywać społeczeństwu prawdziwą, a nie "groteskową", "słodką", "zabawną" twarz komunizmu i jego zbrodniarzy. Dziś możemy głośno mówić o ich zbrodniach i nazywać ich mordercami, a nie "ludźmi honoru". Możemy dziś na podstawie ujawnionych dokumentów spokojnie prześledzić jak w rzeczywistości wyglądała polska transformacja. Warto o tym pamiętać i trzeba z tego korzystać!

Mam nadzieję, że te dwa teksty, w których bardzo pokrótce chciałem zrelacjonować "Okrągły stół" i drugą komunistyczną odwilż skłonią przynajmniej niektórych do wgłębienia się w tą tematykę i trochę bardziej szczegółowej analizy tamtych wydarzeń.
Czy "Okrągły stół" był zdradą? Lech Kaczyński, który był jedynym opozycjonistą obecnym każdego dnia w Magdalence powiedział, że w Magdalence nie było żadnej zdrady. Doszło za to do fraternizacji między opozycją a komunistami. Tylko troje opozycjonistów: Lech Kaczyński, Władysław Frasyniuk i Tadeusz Mazowiecki nie brało w tym udziału. I to jest właśnie ten problem - jak wynika bowiem z innych wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego - opozycjoniści naprawdę mieli wówczas w pamięci stan wojenny. Czy jednak był to powód do haniebnego picia wódki z komunistycznymi zbrodniarzami i oddania Polski bez jakiejkolwiek walki? Czy był to powód do nazwania ich "ludźmi honoru"? Oczywiście, że nie! A w moim przekonaniu już sama fraternizacja jest zdradą i wbiciem społeczeństwu noża w plecy.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

niedziela, 3 marca 2013

Mitologia III RP - Mit Okrągłego Stołu cz.1

http://img509.imageshack.us/img509/3350/magd01ni6.jpg

Na początku przepraszam za moją dłuższą nieobecność, ale wypadek losu sprawił, że zerwałem w pracy więzadła krzyżowe i byłem trochę ubezwłasnowolniony z tego powodu. Dodatkowo zmieniałem dostawcę Internetu i to również wydłużyło okres mojej nieobecności.

Chciałbym dzisiaj rozpocząć kolejny cykl kilku tekstów, które będą tym razem związane z największymi mitami politycznymi III RP, które są jednocześnie mitami historycznymi, mającymi swój początek w PRL.

Chyba należy rozpocząć od tego, że obecnie jednym z najważniejszych nurtów, czegoś co w III RP jest, zupełnie nie wiem czemu, nazywane debatą publiczną jest włączanie historii w spory polityczne. Oczywiście mam tu na myśli tą "jedynie słuszną" historię. Wydarzenia, które są dziś konsekwentnie przez kolejnych historyków bagatelizowane, przedstawiane w najczarniejszym świetle jak zdrady narodowe, takie jak wprowadzenie stanu wojennego, gierkowski "cud gospodarczy" etc zostały już na samym początku istnienia III RP zmitologizowane i perfidnie zakłamane na potrzeby "odwilży", jaką zafundowano nam po 1989 roku. Dlaczego odwilży? Ponieważ przypomina mi to trochę sytuację z towarzyszem Gomułką i jego odwilżą. Wówczas również dano ludziom troszkę przywilejów i wolności, którą następnie stopniowo ograniczano w trochę dłuższym okresie czasu. Wówczas to właśnie Gomułka był "naszym człowiekiem", a do głosowania na niego zachęcał sam Kardynał Tysiąclecia - Stefan Wyszyński. Po roku 1989 również głosowaliśmy na "naszych ludzi" (z wyjątkiem wyborów w 1993 i 2001 roku). Co z tego mamy?

Pierwszym mitem, od którego wszystko się rozpoczęło jest "Okrągły stół" i cały proces, który do niego doprowadził. W mediach, w podręcznikach do historii, w powszechnej świadomości wielu Polaków są zakorzenione tezy sformułowane na potrzeby propagandy "historycznego kompromisu dwóch stron podziału w PRL".
3 najważniejsze z nich to:
- przełom roku 1989 był wspólnym dziełem "liberalnego" skrzydła w PZPR oraz "realistycznej" części opozycji;
- "Okrągły stół" był udaną próbą demokratyzacji systemu,
- celem "liberalnego" skrzydła PZPR było podzielenie się władzą z opozycją.

Dzisiaj każdy, kto nie ma klapek na oczach wie, że celem komunistów nie było podzielenie się władzą z odpowiednimi opozycjonistami, takimi jak Profesor Geremek czy też Jacek Kuroń, ale jej utrzymanie.

Towarzysz generał Wojciech Jaruzelski wraz ze swoimi najbliższymi współpracownikami - Czesławem Kiszczakiem, Stanisławem Cioskiem, Jerzym Urbanem, a później także Januszem Reykowskim oraz "młodzieżą", czyli Aleksandrem Kwaśniewskim czy Leszkiem Millerem - nie mieli zamiaru dzielić się władzą. Powtarzam to po raz kolejny, a jeśli będzie trzeba, to zacznę o tym krzyczeć. Dla komunistów "Okrągły stół" miał być tylko socjotechniczną operacją pozwalającą na ukazanie "ludzkiego oblicza" reżimu. Zgodzili się oni bowiem na wprowadzenie części opozycji (oczywiście tej, która będzie z nimi współpracować) na salony przy jednoczesnym zagwarantowaniu sobie "Pakietu kontrolnego", czyli budując odpowiednie zabezpieczenia polityczne i gospodarcze przy współpracy agentury wszelkich szczebli.

Opozycja, bohaterowie narodu, ludzie skupieni wokół Lecha Wałęsy, "lewica laicka" - Geremek, Kuroń, Mazowiecki nie brali nawet pod uwagę upadku komunistycznego reżimu, tylko w myśl zasady sformułowanej w 1985 roku przez Adama Michnika  - domagali się prawa do uczestnictwa w legalnym - według standardów i prawa PRL (SIC!) - życiu politycznym. Czy jest sobie ktokolwiek w stanie wyobrazić większe skurwysyństwo? Bohaterowi podziemia brylujący już wówczas na europejskich salonach uznawali nienaruszalność sojuszu z ZSRR oraz trwałość Układu Warszawskiego, chcieli mieć jedynie wpływ na ewolucyjne reformowanie systemu PRL, które mogło trwać dziesiątki lat.

Kończę póki co, bo znowu zaczynam się denerwować, gdy po raz kolejny o tym myślę i przelewam na tekst. Tekst zostanie przeze mnie dokończony jutro.

Tomasz "Geolog"
 Pozdrawiam Serdecznie

czwartek, 14 lutego 2013

Trochę hipokryzji


Przepraszam moich czytelników za dłuższą przerwę w pisaniu. Ostatnim czasy miałem jednak bardzo wiele spraw na głowie i dopiero teraz jakoś wszystko rozłożyłem tak w czasie (mam nadzieję, że to nie jednorazowy wyczyn), że w końcu mogę napisać kilka moich kolejnych przemyśleń.

Chciałbym dzisiaj napisać kilka słów o hipokryzji, a będzie to polegać na zacytowaniu kilku tekstów i wypowiedzi publicystów, które aż nią kipią.

"Pomysł wykluczenia byłych PZPR-owców na 10 lat z życia publicznego jest politycznie pijany, a moralnie szalbierski". Jest to wezwanie "do bezprawia i odrzucenia zasad konstytucyjnych, pogwałcenia paktów praw człowieka". (J. Szparkiewicz, Diabli nadali, "Gazeta Wyborcza", 12 marca 1991)

"Lękam się procesu politycznego, w którym zwycięzcy sądzić będą pokonanych [...]. Czasem myślę, że do głodu sprawiedliwości, który jest obecny w żądaniach potępienia stanu wojennego, dołącza się głód zemsty". (Prawdziwa epoka postkomunizmu - wywiad A. Michnika z V. Havlem, "Gazeta Wyborcza", 30 listopada - 1 grudnia 1991)

"Nasza klasa polityczna robi wrażenie chorej na umyśle [...].  Ci ludzie zachowują się tak, jak gdyby nie oni byli dla Polski, ale Polska dla nich". (A. Szczypiorski, Czyja jest Polska?, "Gazeta Wyborcza", 9 lipca 1992)

"Jarosław Kaczyński z ludzkich namiętności najbardziej rozumie strach. Wie, że ludzie boją się o siebie, rodzinę, dostatek, pracę i posady. Władzę sprawuje zarządzając tym strachem". (M. Czech, Kaczyński:strasz i rządź, "Gazeta Wyborcza", 11 lipca 2007)

"W wypowiedziach Kaczyńskiego najwyraźniej widać sposób myślenia i działania niebezpieczny dla polskiego państwa". (M. Beylin, Z punktu widzenia gracza, "Gazeta Wyborcza", 28 czerwca 1994)

"Z republiki demokratycznej [...] Polska staje się z wolna państwem, gdzie wszystkie te wartości i obyczaje zostają zakwestionowane. Polska staje się państwem pełzającego zamachu stanu. Jego finałem ma być system, który istniejące instytucje pozbawi substancji demokratycznej i uczyni fikcją". (A. Michnik, Modlitwa o deszcz, "Gazeta Wyborcza", 30 lipca 2007)

"Głosowanie na Tymińskiego, Leppera, Giertycha czy ulubieńców ks. Rydzyka może być wynikiem realnej frustracji, ale to nie powód do wyrozumiałości dla takich decyzji". (J. Majcherek, Gdy obywatel wybiera źle, "Gazeta Wyborcza", 24 lipca 2007)

Ten rząd "pozostawi po sobie niewiele trwałych śladów, za to sporo bałaganu, który trzeba będzie posprzątać". (W. Gadomski, Czy uda się posprzątać po PiS, "Gazeta Wyborcza", 18-19 lipca 2007)

"Patologie PiS-owskiego rządzenia muszą być ujawnione i napiętnowane". (M. Czech, Musi być sąd nad PiS-em, "Gazeta Wyborcza", 24 sierpnia 2007)

Prof. Kazimierz Kik zapytany o to, czy prokuratura powinna się zająć wypowiedziami polityków, które miały miejsce po publikacji "Rzeczpospolitej" w artykule "Trotyl na wraku tupolewa", odpowiada:
"Bez dyskusji. Zanim by zszedł z mównicy, powinni go aresztować na sali sejmowej, nawet niezgodnie z prawem. (...) Wszyscy wiemy, że Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz dawno powinni siedzieć". (10 listopada 2012)

W powyższych cytatach widać, że publicyści i autorytety "Gazety Wyborczej" zaprzeczają sami sobie od początku istnienia na rynku prasy tegoż dziennika. Najciekawsze jest jednak to, że te wypowiedzi nie tracą na aktualności. Wystarczy przecież zmienić niektóre słowa, nazwiska, fakty, daty i mamy zupełnie inny przekaz, który miałby na pewno dużo więcej wspólnego z rzeczywistością, niż powyższe teksty :-)

Jest mi jednocześnie bardzo przykro, ale muszę w tym miejscu również napisać o przypadku hipokryzji, jaki strasznie zdrażnił mnie u red. Ziemkiewicza, którego jak już kilkakrotnie to podkreślałem, bardzo cenię i szanuję za fantastyczną pracę, jaką wykonuje on dla dobra Polski.

"(...) nie ma w ogóle żadnego powodu dla istnienia osobnej kasy rolniczej. Przecież gdyby chodziło tylko o to, żeby rolnicy płacili mniejsze składki, bo na normalne ich ponoć nie stać (nawet tych, co mają trzysta hektarów?!), to spokojnie można by załatwić sprawę wewnętrznym rozporządzeniem w ramach ZUS-u". (R. A. Ziemkiewicz, Polactwo, Lublin 2011)

Napiszę tylko, że red. Ziemkiewicz sam opłaca KRUS, z czego niejednokrotnie tłumaczył się w swoich felietonach. Czyżby nie było go stać na płacenie normalnych składek?

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie