czwartek, 19 września 2013

Wolnych ludzi nic nie złamie...



Pewna gazeta, która swego promowała się znakiem "Solidarności" do dzisiaj stara się wmówić obywatelom RP, że okres IV RP, czyli de facto lata 2005-2007, to najgorszy, najbardziej totalitarny i najstraszniejszy czas w historii Polski.
Ta sama gazeta nazywa Żołnierzy Wyklętych leśnymi bandytami starając się przedstawić ich w jak najbardziej perfidnym świetle, jednocześnie gloryfikując polskich najeźdźców i oprawców.
Dzięki dobrym ludziom do głosu dochodzą również osoby, które chcą uczcić pamięć o bohaterach, którzy nigdy nie zostali złamani przez najeźdźcę czy to ze strony niemieckiej czy rosyjskiej. Pamięć o tych właśnie żołnierzach jest dzisiaj natchnieniem i motywacją dla wielu młodych ludzi i mimo, że w mediach głównego nurtu istnieje niepisany zakaz mówienia o nich w sposób pozytywny, to jednak coraz więcej pozytywnych wypowiedzi może się przebić do opinii publicznej.

Właśnie o jednym z Żołnierzy Wyklętych będzie dzisiejszy tekst. Od razu muszę zastrzec, że zdaję sobie sprawę, iż chyba nie jestem najodpowiedniejszą osobą do pisania tekstów tego typu, ale spróbuję.


W 1910 roku w Stryju (Austro-Węgry) urodził się Zygmunt Szendzielarz, którego zwłoki IPN odnalazł na wiosnę tego roku. Uczęszczał on najpierw do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, a następnie do Szkoły Podchorążych Kawalerii, po czym trafił do 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich. We wrześniu 1939 roku pułk ten został wcielony w skład Północnego Zgrupowania Odwodowej Armii "Prusy", a następnie Grupy Operacyjnej gen. Andersa. Porucznik Zygmunt Szendzielarz był wówczas dowódcą 2. szwadronu. Za swój udział w obronie Rzeczypospolitej podczas kampanii wrześniowej został odznaczony krzyżem Virtuti Militari V klasy.

Po wrześniowym zwycięstwie hitlerowców wstąpił on do Związku Walki Zbrojnej pod skrzydłami którego rozpoczął on organizację konspiracji na terenie Wileńszczyzny. W 1943 roku Zygmunt Szendzielarz (wówczas już "Łupaszka") został dowódcą pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego na Wileńszczyźnie, który później przekształcił się w V Wileńską Brygadę Armii Krajowej, która niedługo potem stała się najliczniejszą i najsilniejszą brygadą AK na Wileńszczyźnie. W uznaniu zasług, w styczniu 1944 roku, Komendant Okręgu Wileńskiego AK, pułkownik Aleksander Krzyżanowski (pseudonim "Wilk"), odznaczył "Łupaszkę" Krzyżem Walecznych.

Mimo rozkazu o demobilizacji Zygmunt "Łupaszka" Szendzielarz pozostał w konspiracji i podjął dalszą walkę z sowieckim najeźdźcą i służącymi mu polskimi zdrajcami. Dane, którymi aktualnie dysponują polscy historycy pozwalają stwierdzić, że w latach 1945-1948 oddziały, wówczas już majora "Łupaszki" rozbiły kilkanaście placówek Armii Czerwonej, około 60 posterunków MO, kilka placówek UBP i posterunków SOK, a także zlikwidowały około 200 funkcjonariuszy i oficerów NKWD, UBP, MO i Armii Czerwonej.

Oprócz akcji zbrojnych major "Łupaszka" prowadził również akcję propagandową - brał udział w redagowaniu, powielaniu i rozpowszechnianiu wśród ludności cywilnej ulotek o treści antykomunistycznej. Poniżej fragment jednej z tych ulotek z marca 1946 roku:
"(...) Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. (...) My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości".

30 czerwca 1948 roku major Szendzielarz został aresztowany w Osielcu pod Zakopanem i natychmiast przetransportowany do aresztu śledczego na Rakowieckiej w Warszawie, w którym to spędził 2,5 roku. W listopadzie 1950 roku rozpoczął się proces "Łupaszki" oraz innych byłych członków Okręgu Wileńskiego AK. Przewodniczącym składu sędziowskiego w tym procesie był były żołnierz AK, a potem wyjątkowo dyspozycjyjny i wierny komunista oraz nieprzeciętnie krwawy i brutalny stalinowski sędzia - Mieczysław Widaj (zmarł w 2008 roku pobierając 9 tys zł emerytury i nigdy nie odpowiadając za swoje wyroki). Wszyscy oskarżeni w tym procesie z wyjątkiem kobiet zostali skazani na śmierć.

Wieczorem 8 lutego 1951 roku major Zygmunt "Łupaszka" Szendzielarz został stracony w więzieniu na Mokotowie. Zarówno w śledztwie jak i przed egzekucją zachował godną, prawdziwie patriotyczną postawę, m. in. nie prosząc komunistów o łaskę.

Przez cały okres PRL major Szendzielarz był przedstawiany w jak najgorszym świetle. Bandyta, zdrajca, faszysta - to tylko niektóre epitety na jego temat, które można było usłyszeć bądź przeczytać w reżimowych mediodajniach. Prawdziwą twarz "Łupaszki" można było poznać tylko na emigracji, np. paryskie "Zeszyty Historyczne" opublikowały w odcinkach jego biografię, a Kazimierz Sabbat -  prezydent Polski na Uchodźstwie - w 1988 roku odznaczył majora Krzyżem Złotym Orderu Virtuti Militari.
Dopiero po roku 1989 Polacy mieszkający między Odrą a Bugiem mogli poznać prawdę o polskim bohaterze. W 1993 roku Zygmunt Szendzielarz został oczyszczony przez sąd III RP ze wszystkich postawionych mu przez komunistów zarzutów, natomiast w roku 2007 odznaczył "Łupaszkę" Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski - za wybitne zasługi dla niepodległości RP.
Pośmiertna rehabilitacja, która została dokonana 20 lat temu dalej spędza sen z powiek spadkobiercom tamtego systemu a pamięć o polskich bohaterach, którzy zostali przez nich zamordowani czy to po II Wojnie Światowej czy też po roku 1956 jest jedną z najpotężniejszych broni ludzi, którzy nie zgadzają się z proponowaną przez nich drogą, którą ma podążać Polska.

W książce Tadeusza Płużańskiego pt. "Bestie" (na podstawie której w dużej mierze powstał powyższy tekst) znajdują się fragmenty przygotowanego w 2006 przez Posłów PiS z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu projektu uchwały mającej na celu uczczenie w 55. rocznicę śmierci majora "Łupaszki". Oto kilka z nich:
"55 lat temu, 8 lutego 1951 roku, zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka". Żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swoją służbę dwukrotnie odznaczony orderem Virtuti Militari".

"Oddziały utworzone przez majora "Łupaszkę" przeprowadziły w latach 1945-1952 około 450 akcji zbrojnych. W jednostkach podległych majorowi "Łupaszce" panowała wzorowa dyscyplina. Zwalczały one nie tylko komunistyczny aparat bezpieczeństwa, ale także chroniły ludność przed pospolitymi bandytami".

"W latach 1943–1944 5. Wileńska Brygada Armii Krajowej stoczyła kilkadziesiąt bitew. Oddział majora "Łupaszki" prowadził krwawe walki z wojskami hitlerowskimi, z pozostającymi w służbie III Rzeszy formacjami litewskimi oraz z sowiecką partyzantką terroryzującą Polaków. W czasie tych działań Zygmunt Szendzielarz zdobył sobie zaszczytną opinię znakomitego dowódcy, a 5. Brygada w uznaniu poniesionych ofiar zyskała miano »Brygady Śmierci«".

"Major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" stał się symbolem niezłomnej walki o Niepodległą Polskę, jaką toczyli "Żołnierze Wyklęci" - żołnierze antykomunistycznego ruchu oporu z organizacji Wolność i Niezawisłość, Armii Krajowej na Kresach Wschodnich, Ośrodka Mobilizacyjnego Wileńskiego Okręgu AK, Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, Ruchu Oporu Armii Krajowej, Konspiracyjnego Wojska Polskiego i dziesiątek innych organizacji; podkomendni podpułkownika "Kotwicza", podporucznika "Zagończyka", kapitana "Młota", majora "Orlika", majora "Zapory", kapitana "Warszycy", majora "Ognia", kapitana "Bartka" i wielu innych, których żołnierski szlak kończyła śmierć w nierównej walce z komunistycznymi siłami bezpieczeństwa bądź ubecki strzał w tył głowy. Niech polska ziemia utuli ich do spokojnego snu. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, czczącej Ich pamięć, stwierdza, że "Zołnierze Wyklęci", dobrze zasłużyli się Ojczyźnie".

Mógłbym na koniec przytoczyć całe bicie piany, jakie w związku z projektem powyższej uchwały zafundowała społeczeństwu postkomuna od jednej z największych komunistycznych gadzinówek, jaką jest "Trybuna" a na "Gazecie Wyborczej" kończąc... Mógłbym przytoczyć wypowiedzi spadkobierców PZPR, czyli SLD... Mógłbym tylko, po co tak naprawdę przytaczać wypowiedzi ludzi, dla których bohaterami są np. Zygmunt Bauman, Stefan Michnik, Wojciech Jaruzelski i inni zbrodniarze?


Obyśmy doczekali dnia, w którym tacy ludzi jak major Zygmunt "Łupaszka" Szendzielarz doczekają się w wolnej Polsce uroczystych pogrzebów ze wszystkimi honorami - takich na jakie zasłużyli bohaterowie.

Między innymi ze względu na pamięć o ofiarach komunizmu lata 2005-2007 w historii Polski zostały nazwane przez główne ośrodki medialne tak jak napisałem to na początku tego tekstu. Mając jednak wybór między "Żołnierzami Wyklętymi" PiS a stalinowcami, SB-kami i resztą komunistycznych zbrodniarzy, którzy dzisiaj dorobili się tytułów profesorów, ogromnych majątków, statusu autorytetów moralnych lansowanych przez obecną władzę - zawsze wybiorę tych pierwszych i wiem, że nie jestem sam.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

poniedziałek, 9 września 2013

Byle sumienie nie gryzło...


Kolejne wybory na szczeblu lokalnym i kolejne zwycięstwo kandydata Prawa i Sprawiedliwości. W wypowiedziach i komentarzach wielu publicystów widać przeświadczenie, że w Polsce coś się ruszyło. Widać, że powoli zaczyna się coś zmieniać w świadomości wielu Polaków. Nawiązując do tych właśnie wyborów chciałbym dzisiaj zastanowić się nad "polskim sumieniem".

W 1995 roku, po zwycięstwie w drugiej turze wyborów prezydenckich przez Aleksandra Kwaśniewskiego, na łamach "Tygodnika Solidarność" opublikowano rozmowę, którą przeprowadziła Barbara Sułek-Kowalska z Biskupem Józefem Życińskim. Pani redaktor zapytała wówczas duchownego: "Czy Ksiądz Biskup wie już, jak nazwać to, co się w Polsce stało?".
Odpowiedź (w mojej ocenie mało wyczerpująca i jednoznaczna) brzmiała następująco:
"Dla mnie jako kapłana i duszpasterza, czymś niezwykle ważnym pozostaje oznaka stanu polskich sumień wyrażona w tym wyborze. Wiedziałem, że ten stan sumień pozostawiał wiele do życzenia, i że duża część społeczeństwa zachowuje krytycyzm wobec etosu 'Solidarności'. Ale jednak wskaźnik procentowy był dla mnie zaskoczeniem".
Pozwolę sobie przypomnieć, że tamte wybory zakończyły się wynikiem:
Aleksander Kwaśniewski 9 704 439 (51,72%) głosów
Lech Wałęsa 9 058 176 (48,28%) głosów.

Następnie zapytany, czy z tego wynika, że ani Sierpień'80, ani lata stanu wojennego nie spowodowały przełomu w polskich sumieniach - Biskup Życiński powiedział, że mówienie o przełomie lub braku byłoby nie lada uproszczeniem, ponieważ "niewątpliwie dokonuje się jakiś proces nasycenia sumień nową treścią, na pewno u wielu osób nastąpiło otwarcie na dziedziny rzeczywistości, których przedtem te osoby nie znały i nie dostrzegały". Jednak - zdaniem biskupa - to był dopiero warunek wstępny umożliwiający podjęcie kuracji, która będzie trwała długo, gdyż "wielką iluzją byłoby sądzić, że powiew sierpniowego wiatru od morza przyniósł radykalne uzdrowienie wszystkich polskich sumień".

W roku 2006 wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało książkę autorstwa Hannah Arendt pt. "Odpowiedzialność i władza sądzenia", zawierającą zbiór niepublikowanych tekstów autorki z ostatnich 10 lat jej życia (1965-1975) W tejże książce autorka stawia tezę, iż ci, którzy "trzymają się sztywno wartości moralnych nie są wiarygodni". Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ okazuje się, że można je "zmieniać z dnia na dzień i że pozostaje wówczas jedynie nawyk trzymania się czegokolwiek", co zresztą autorka udowadnia posiłkując się wieloma przykładami z historii.

Śledząc ostatnie siedemdziesiąt lat historii Rzeczypospolitej Polskiej widać, że słowa zarówno Biskupa Życińskiego jak i Hannah Arendt chyba najlepiej obrazują stan polskich sumień. A wszystko zaczęło się w momencie, gdy rozpoczęto na terenie Polski instalowanie komunistycznego reżimu. Wówczas rozpoczęła się pierwsze na tak masową skalę porzucanie bez najmniejszego oporu (a niejednokrotnie z entuzjazmem) wartości takich jak Bóg, Honor, Ojczyzna, Wierność, Godność etc. Zostały one zastępowane przede wszystkich czynami (a nie hasłami jak co niektórzy uważają), do których zachęca wytwór ideologiczny stworzony przez Marksa, Engelsa i Lenina.
Historia powtórzyła się po roku 1989, gdy pod hasłem "powrotu do Europy", tak wiele osób podświadomie przekonano do tego, by zrezygnowały z samodzielnego myślenia.

"Rewolucja moralna" zapowiedziana przez braci Kaczyńskich po wygranych przez nich wyborach parlamentarnych i prezydenckich w 2005 roku przerodziła się w "Czas wrzeszczących staruszków". Wszystko po to, aby dotychczas rządząca Polską elita, kryjąca się pod banderą wartości katolickich, w dalszym ciągu sprawowała rząd dusz, dzięki któremu mogłaby wszczepiać do polskiej świadomości "wartości" obce, które jeszcze do niedawna nie miały jakiejkolwiek sił przebicia i możliwości przyjęcia do ludzkiej świadomości.

Na miejscu będzie przypomnienie ostrzeżenia, zawartego w książce Marii Dąbrowskiej pt. "Noce i dni":
"Świat dzisiejszy, w którym przekroczone zostały wszystkie granice przyzwoitości, a jednocześnie załamały się autorytety wszystkich oficjalnych wzorców, doktryn, dogmatów, stanął właśnie wobec conradowskiej próby moralności. Nie jesteśmy jeszcze w stanie powiedzieć, czy świat tę próbę wytrzyma - możemy jednak z całą pewnością powiedzieć, że lepiej będzie, aby świat się od conradowskiej postawy nie odżegnywał. Wkład tej postawy i tej moralności okaże się potrzebny każdemu, kto będzie kształtował nowoczesną rzeczywistość moralną."

Wracając do zwycięstwa PiS na Podkarpaciu i we wszystkich poprzednich lokalnych starciach - w mojej ocenie pokazuje to jeszcze jedną ważną rzecz, o której niestety mało kto chce wspomnieć a co próbowałem nieco przybliżyć powyżej. Po sześciu latach rządów Donald T. i jego mafii widać, że coraz więcej osób ma gdzieś, co dzieje się z państwem. Przecież poziom niezadowolenia z rządzących jest aktualnie jednym z najwyższych w historii III RP, a mimo to obywatele wykazują się taką obojętnością. Pisałem już wcześniej, że raz podczas rozmowy ze znajomymi usłyszałem tekst, że i tak nie ma na kogo głosować, dlatego zagłosują na PO, ponieważ przyjdzie PiS, powoła 20 komisji i w koło będzie mowa o Smoleńsku, a taki robotnik, który zarabia 1200 zł miesięcznie chce mieć święty spokój, żeby nikt mu się nie wpierdzielał, chce spokojnie posłać dzieci do szkoły, spłacać kredyty, a nie ciągle słuchać czarnowidztwa Kaczyńskiego.

Nie jest to zapewne tylko opinia moich znajomych, ponieważ jestem przekonany, że myśli tak przynajmniej kilka procent naszego społeczeństwa. Pokazuje to tylko i wyłącznie jak bardzo ludzie są dziś upodleni i jak bardzo im już wszystko zobojętniało. Najważniejszy jest święty spokój.
W mojej ocenie zaszło to już tak daleko, że po zwycięstwie w wyborach do parlamentu przez PiS nowa rewolucja moralna niczego tak naprawdę nie zmieni, bo jak przyjdzie co do czego znowu będzie się słyszeć teksty typu "pierdolony Kaczor" i podobne. Stan w jakim aktualnie znajdują się sumienia wielu Polaków nie sprzyja powrotowi prawdziwego znaczenia takich wartości jak honor i wierność - wartości, które są związane z chyba najbardziej zapomnianą i pomijaną dzisiaj wartością, jaką jest odpowiedzialność, która zarówno w życiu publicznym jak i prywatnym zdaje się nie odgrywać dziś żadnej istotnej roli.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

środa, 7 sierpnia 2013

Odwrócony marksizm


Jakiś czas temu opublikowano sondaż, z którego wynikało, że około 75% Polaków chce pracować w spółkach Skarbu Państwa i sektorze tzw. budżetówki. Wypowiedź Posła Wiplera, której udzielił w związku z tym sondażem sprowadzała się do stwierdzenia, że "Polacy są za mało wolnorynkowi". Właśnie o tym chciałbym dzisiaj napisać kilka słów.

Wszyscy wiemy, jaka jest aktualnie sytuacja na rynku pracy. Aktualnie bezrobocie minimalnie spadło ze względu na to, że jakaś część społeczeństwa znalazła pracę sezonową w Polsce i zagranicą. Jednak po wakacjach nowa fala bezrobocia zacznie wzbierać i kto wie czy nie doprowadzi do powodzi a może nawet potopu, jakiego w ostatnim czasie doświadczyły niektóre kraje, jak (tradycyjnie niemalże przez wszystkich wymieniane) Grecja czy Hiszpania.

Przeświadczenie, że wolny rynek załatwi sprawę, pozwoli Polsce na odbicie się od miejsca, w którym aktualnie się znajduje i dynamiczny rozwój w mojej ocenie jest błędne. Dlaczego? Chociażby dlatego, że III RP jest krajem postkolonialnym, co jako pierwszy stwierdził Waldemar Łysiak a kilka lat później potwierdził Rafał Ziemkiewicz.

Sieć powiązań niekiedy o charakterze mafijnym; dziesiątki, setki, tysiące przeróżnych grup interesu; skorumpowani urzędnicy i dziesiątki innych patologii, jakie na co dzień obserwujemy czy to na szczeblu parlamentarnym czy to w naszych społecznościach lokalnych nie zostaną przezwyciężone samym wolnym rynkiem. Przypomina mi to trochę sytuację z Unią Europejską: mówienie, że tylko zwiększenie integracji i wpływu instytucji unijnych na poszczególne państwa może uleczyć samą UE jest podobnym absurdem.

Gdy mieliśmy w Polsce rządy Prawa i Sprawiedliwości doszło do wprowadzenia kilku liberalnych i wolnorynkowych rozwiązań dla polskich przedsiębiorców. Wówczas przyniosło to skutek. Dlaczego? Ponieważ, mówiąc kolokwialnie, Prezes Kaczyński i jego ludzie potrafili całe to polskie bagno złapać za mordę i je powoli, ale systematycznie eliminować. Najlepszym przykładem była wypowiedź jednego ze słuchaczy radiowej Trójki, który zadzwonił do pracującego tam jeszcze wówczas red. Skowrońskiego i na pytanie: "Jakie jest według Pana najlepsze osiągnięcie rządu Jarosława Kaczyńskiego?" odpowiedział mniej więcej tak: "Teraz, gdy jest ogłaszany przetarg, konkurs etc, to zwycięzca jest poznawany dopiero w momencie otwarcia przez komisję koperty z wynikami a nie jak dotychczas jeszcze przed ogłoszeniem przetargu lub w jego trakcie, gdy mieliśmy do czynienia z innymi kopertami, przekazywanymi pod stołem".

Wracając do wspomnianego przeze mnie na początku sondażu. Dla mnie nie stanowi on żadnego zaskoczenia, ponieważ sam, gdybym oczywiście miał taką możliwość chciałbym pracować na państwowym. Tylko bowiem na państwowym ma się pewność, że dzień pracy będzie wynosił 8 godzin, a wszelkie nadgodziny zostaną odpowiednio wynagrodzone. Tylko na państwowym można mieć pewność, że zostaną opłacone wszystkie składki i jest nieporównywalnie większe prawdopodobieństwo podpisania umowy o pracę a nie umowy śmieciowej. Tylko na państwowym można mieć pewność, że dziesiątego każdego miesiąca na koncie pojawi się wypłata. Tylko na państwowym wypłata nie jest najczęściej na poziomie najniższej krajowej.

Jak jest natomiast w większości firm prywatnych? Przedsiębiorcy najchętniej zatrudniliby wszystkich na umowach śmieciowych. Jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby, aby wszyscy pracownicy byli "zatrudnieni na czarno" a pieniądze wypłacane im pod stołem lub np. w czterech ratach, powiedzmy po 300 zł tygodniowo. Mało kiedy dzień pracy trwa 8 godzin (wiem, bo sam pracowałem w kilku prywatnych firmach). Jeśli praca jest w terenie, to przedsiębiorcy nie interesuje czy jest na dworze plus 40 stopni, burza z piorunami, minus 30 i nawałnica śniegu. Robota ma być zrobiona, bo inaczej można usłyszeć: "Na Twoje miejsce mam trzydziestu innych".
Ile razy przeglądając ogłoszenia o pracę można przeczytać, że poszukuje się tylko i wyłącznie osób niepełnosprawnych, np. do prac terenowych w firmie geologicznej (sam widziałem takie ogłoszenia!). Ile razy zdarza się, że przedsiębiorca bierze pieniądze z Urzędu na zatrudnienie pracowników? Po czasie kiedy urząd przestaje dawać pieniądze po prostu się ich zwalnia?

Mógłbym jeszcze wymieniać i wymieniać przykłady chorego systemu III RP, ale chyba wyłuszczyłem już sedno. Oczywiście nie zawsze zdarza się tak jak wyżej napisałem, jednak są to najczęstsze przypadki.

Nie jestem przeciwnikiem wolnego rynku. Broń, Panie Boże! Jednak w obecnym systemie, w obecnym poziomie obłudy, korupcji i różnego rodzaju powiązań, w mojej ocenie naprawdę niewiele on zmieni. Nie można się więc dziwić, że 75% Polaków woli pracę na państwowym.

Dlaczego dzisiejszy post nazwałem "Odwrócony marksizm"? Z prostego powodu. Ideologia marksistowska głosi, że to przedsiębiorca, kapitalista jest wcieleniem szatana, że to on chce jak najbardziej wykorzystać biednego pracownika i jak najbardziej się nachapać jego pracą i jego wykorzystywaniem.
Dzisiaj natomiast głównym przesłaniem jest mówienie, że to biedny przedsiębiorca, człowiek, który daje ludziom pracę jest cały czas poniewierany, atakowany przez swoich pracowników, którym tak się w dupach poprzewracało, że za swoją pracę chcą zarabiać godziwe pieniądze, żeby móc spokojnie przeżyć każdy kolejny miesiąc. I tak oto teraz to pracownik jest zły, bo ma czelność narzekać na człowieka, który daje mu pracę. A to, że poprzez właśnie wykorzystywanie pracowników, płacenie im najniższych krajowych, podpisywanie z nimi umów śmieciowych etc ten biedny kapitalista zarabia ciężkie pieniądze? No cóż - według niektórych tak właśnie powinien wyglądać wolny rynek.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

środa, 31 lipca 2013

Obłęd 2013



Obłęd - inaczej paranoja, rodzaj psychozy, na która składają się logicznie usystematyzowane urojenia, bez zaburzeń uczuciowości.

W roku 2004 - w 60. rocznicę obchodów Powstania Warszawskiego na polskim rynku pojawiła się książka autorstwa Normana Davisa pt. "Powstanie 44", w której to autor pisze we wstępie, że nigdy w historii świata żadna armia nie wykazała się takim poświęceniem, takim męstwem, taką determinacją jak Powstańcy Warszawscy. Ubolewa jednocześnie, że to jemu przyszło napisać pierwszą, tego typu książkę o Powstaniu Warszawskim, ponieważ powinien robić to już dużo, dużo wcześniej ktoś inny, ale niestety nie pozwolił na to ani system panujący w Polsce od 1945 do 1989 roku, ani też m.in. niewidzialna ręka niezwykle wpływowych "autorytetów moralnych" brylujących na pierwszych stron gazet nie pozwoliła na to już w III RP.

W przeddzień 69. Rocznicy Wybuchu Powstania Warszawskiego w księgarniach można nabyć najnowszą książkę red. Piotra Zychowicza pt. "Obłęd 44", w której to autor opisuje wybuch powstania, przebieg walk, decyzje dowódców niczym jedną z największych polskich katastrof i klęsk narodowych.

Przyznam szczerze, że gdyby nie ta książka, to nie pisałbym w tym roku nic o Powstaniu Warszawskim, co zakomunikowałem wczoraj w tekście PRL - domniemane samobójstwa cz.2. Ale do rzeczy. Po napisaniu historii alternatywnej, jaką była książka "Pakt Ribbentrop-Beck", w której to minister Beck miał zawrzeć sojusz z Adolfem Hitlerem i razem z nim ruszyć do walki z ZSRR przyszedł czas na poruszenie jednej z najbardziej delikatnych spraw, która od kilku lat wywołuje prawdziwe burze w niemalże wszystkich dyskusjach.

Powstanie Warszawskie było klęską! Klęską militarną, klęską społeczną, klęską ekonomiczną. Dzisiaj patrząc na nie chłodnym okiem nie można dojść do innych wniosków, jednak... Nie można zapomnieć, że Polska była jednym z najbardziej, jeżeli nie najbardziej uciśnionym narodem w czasie II Wojny Światowej. Tylko w Polsce obowiązywał natychmiastowy wyrok śmierci za pomoc osobom pochodzenia żydowskiego. Tylko w Polsce ludzie byli tak upodleni, tak szkalowani, poniżani, bici, torturowani i mordowani przez okupantów. Tylko na polskich oficerach przeprowadzono operacje ludobójcze. Nie tylko Sowieci mordowali oficerów w Katyniu. Przecież polski kontrwywiad zaobserwował, iż między przedstawicielami hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego ZSRR odbyły się 4 spotkania - jesienią i zimą 1939 roku i na początku 1940 roku - we Lwowie, w Krakowie i 2 w Zakopanem. Dziś wiemy, że oficjalnie rozmawiano tam o dalszej współpracy niemiecko-rosyjskiej i dalszym podziale strefy wpływów ogarniętej II Wojną Światową Europy. Wiemy również, że nieoficjalnie rozmawiano o eksterminacji i całkowitej eliminacji Polskiej Inteligencji. Przecież wspomniany wyżej mord katyński dokonany przez Sowietów i mord dokonany przez Niemców na Polakach w podwarszawskich Palmirach nie dość, że odbyły się w tym samym czasie, to jeszcze zastosowano w nich identyczne "kryteria", czytaj: strzał w tył głowy. Jedyna różnica polega na tym, że Niemcy nie dokonali czystki Polskich Oficerów i przedstawicieli Polskiej Inteligencji na taką skalę jak zrobili to Rosjanie.

Chłodna kalkulacja, jaką dzisiaj oferuje nam Piotr Zychowicz nie ma nic wspólnego z Warszawą w roku 1944. Każdy teraz może powiedzieć, że popełniono taki, taki i jeszcze taki błąd, jednak pierwsze dni Powstania Warszawskiego, początkowe sukcesy żołnierzy AK dały do zrozumienia, że Powstanie może być wygrane. Czy był wówczas ktokolwiek, kto spodziewał się, że Niemcy rzucą niemalże wszystkie swoje siły do walki z bohaterskimi warszawiakami? Oczywiście, że NIE! Przecież zrujnowanie Warszawy, tylko (a może właśnie aż) poza aspektem psychologicznym nie dawało Niemcom zupełnie niczego. Jest to przecież niemal identyczna sytuacja jak z marszem na Stalingrad, który nie był ani jakimś super strategicznym punktem Związku Radzieckiego ani nie był w stanie zapewnić Niemcom odpowiedniej ilości potrzebnych surowców do kontynuowania kampanii, jednak zdobycie go dałoby Niemcom potężny atut propagandowy i z całą pewnością mocno załamałoby morale żołnierzy Armii Czerwonej. Niemcy jednak Stalingradu nie zdobyli i gdybanie co by było gdyby jest po prostu niepotrzebne.

W niejednej ze swych wypowiedzi dotyczących "Obłędu 44" Piotr Zychowicz mówi, że potępia decyzję dowództwa, ale jest wielkim zwolennikiem Powstańców Warszawskich. Pan redaktor chyba jednak nie zdaje sobie sprawy, że w roku 1944 dowódca był dla żołnierza AK niczym Bóg - każdy rozkaz był świętością. Żołnierze byli całkowicie oddani sprawie, zdeterminowani, zdolni poświęcić życie za Ojczyznę. To nie jest mój wymysł. Można to przeczytać w wielu książkach czy to we wspomnieniach Władysława Bartoszewskiego czy w wierszach Kamila Baczyńskiego. Po prostu wszędzie. Jeśli więc żołnierze AK rzucili się wykonywać idiotyczny rozkaz, to kim tak naprawdę byli? Skoro redaktor atakuje dowódców, którzy w jego rozumowaniu postąpili delikatnie mówiąc nieodpowiedzialnie, to niby jak postępowali żołnierze, którzy wykonywali z narażeniem życia ich rozkazy?

Pozwolę sobie teraz zacytować słowa wicepremiera rządu RP Jana Stanisława Jankowskiego, który zginął w sowieckim więzieniu po słynnym "Procesie Szesnastu":
"My tu nie mamy wyboru. "Burza" nie jest w Warszawie czymś odosobnionym, to jest ogniwo łańcucha, który zaczął się we wrześniu 1939 r. Walki w mieście wybuchną, czy my tego chcemy, czy nie. Za dzień, dwa lub trzy Warszawa będzie na pierwszej linii frontu (...) Trudno sobie wyobrazić, że nasza (...) młodzież, którą myśmy szkolili od lat (...) daliśmy jej broń do ręki, będzie się biernie przyglądała albo da się Niemcom bez oporu wywieźć do Rzeszy? Jeżeli my nie damy sygnału do walki, ubiegną nas w tym komuniści. Ludzie wtedy oczywiście uwierzą, że chcieliśmy stać z bronią u nogi."
Pan red. Zychowicz mówi wprost, że te słowa są po prostu żenujące, ponieważ on uważa, że coś takiego nigdy nie miałoby miejsca, ponieważ żołnierze AK byli bardzo karni i trzymali się rozkazów. W odpowiedzi powiem Panu redaktorowi, że mój pradziadek został zamordowany przez Niemców za to, że miał ubłocone spodnie - Niemcy uznali, że jest żołnierzem, mimo że uciekał z całą rodziną przed nimi, i po prostu zastrzelili go przy żonie i dzieciach. Gdy usłyszałem tą historię od dziadka, który płakał opowiadając o tym, gdy sobie tylko ją przypomnę, to od razu otwiera mi się nóż w kieszeni. Może Pan red. Zychowicz ma rację - żołnierze AK nie wywołaliby Powstania bez rozkazu, ale na pewno warszawiacy nie przyglądaliby się biernie jak ich okupanci, mordercy i oprawcy na spokojnie opuszczają naszą stolicę.

Jest jeszcze wiele aspektów, które mógłbym poruszyć w tym wpisie, ale chyba wystarczająco dobrze przedstawiłem już moje stanowisko. Wygląda jednak na to, że red. Zychowicz, a przynajmniej ja tak wnioskuję z jego wypowiedzi, nie jest skory do dyskusji a każdy kontrargument, traktuje z wyniosłością: "Że co? ktoś się ze mną nie zgadza? toż to obłęd!".
Jeśli walka za Ojczyznę jest obłędem, jeśli chęć odwetu na prześladowcach jest obłędem, to wszyscy żołnierze AK byli w głębokiej psychozie. Czasem może jednak lepiej zostawić na boku chłodne kalkulacje. Jestem bowiem ciekaw jak zachowałby się red. Zychowicz, gdyby przyszłoby mu żyć w roku 1944? Czy wówczas również patrzyłby na decyzje dowództwa z takim dystansem jak dziś i tak mocno je krytykował?
Powtórzę: Powstanie Warszawskie było klęską! Klęską militarną, klęską społeczną, klęską ekonomiczną! Jednak było również zwycięstwem takich wartości jak Bóg, Honor i Ojczyzna! Było pokazaniem światu, że Polska walczy, Warszawa walczy! Męstwo, determinacja, największa ofiara, jaką złożyli warszawiacy są dziś natchnieniem dla milionów Polaków na całym świecie, i nie tylko Polaków! Dlaczego red. Zychowicz chce zabić ten mit? Niech każdy odpowie sobie sam...

PS. Początkowo myślałem, że tytuł ten dotyczy hitlerowskich sadystów palących żywcem noworodki na warszawskiej Woli. Widać jednak, mam inne pojęcie obłędu niż red. Zychowicz.

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie

wtorek, 30 lipca 2013

Mistrz Sun Zi i współczesne media


W VI wieku p.n.e. wielki chiński mistrz Sun Zi stworzył doktrynę wojenną, na której świadomie lub nieświadomie po dzień dzisiejszy wzorują się wszyscy zainteresowani. Doktryna ta mówi o tym jak prowadzić wojnę w taki sposób, żeby wojsko było wykorzystywane w jak najmniejszym stopniu. Największą bronią jest bowiem... psychologia. Poniżej chciałbym przedstawić 13 złotych zasad, które jako pierwszy zdefiniował mistrz Sun Zi, które warto zapamiętać, albowiem wedle tych zasad dzisiaj manipuluje się całymi społecznościami. Jako pierwsi zasady te na masową skalę wykorzystali Mongołowie ze swym wielkim wodzem - Czyngis-chanem. W XX wieku ich największymi zwolennikami, którzy odpowiednio je zmodyfikowali byli komuniści. Dzisiaj wykorzystują je... Cóż będę pisał. Przeczytajcie i sami oceńcie :-)

"Waszym celem powinno być opanowanie w stanie nietkniętym wszystkiego, co jest pod słońcem. W ten sposób wasze wojska pozostaną nie zmęczone, a wasze zwycięstwo będzie całkowite. Oto sztuka ofensywnej strategii:

1. Dyskredytujcie wszystko, co dobre w kraju przeciwnika.
2. Wciągajcie przedstawicieli warstw rządzących przeciwnika w przestępcze przedsięwzięcia.
3. Podrywajcie ich dobre imię. I w odpowiednim momencie rzućcie ich na pastwę pogardy rodaków.
4. Korzystajcie ze współpracy istot najpodlejszych i najbardziej odrażających.
5. Dezorganizujcie wszelkimi sposobami działalność rządu przeciwnika.
6. Zasiewajcie waśnie i niezgodę między obywatelami wrogiego kraju.
7. Buntujcie młodych przeciwko starym.
8. Ośmieszajcie tradycje waszych przeciwników.
9. Wszelkimi siłami wprowadzajcie zamieszanie na zapleczu, w zaopatrzeniu i wśród wojsk wroga.
10. Osłabiajcie wolę walki nieprzyjacielskich żołnierzy za pomocą zmysłowych piosenek i muzyki.
11. Podeślijcie im nierządnice, żeby dokończyły dzieła zniszczenia.
12. Nie szczędźcie obietnic i podarunków, żeby zdobyć wiadomości. Nie żałujcie pieniędzy, bo pieniądz w ten sposób wydany zwróci się stokrotnie.
13. Infiltrujcie wszędzie swoich szpiegów.

Tylko człowiek, który ma do dyspozycji takie właśnie środki i potrafi je wykorzystać, żeby wszędzie siać niezgodę i rozkład - tylko taki człowiek godzien jest rządzić i wydawać rozkazy. Jest on skarbem dla swojego władcy i ostoją państwa."

Wszystkie powyższe zasady w istocie sprowadzić można do trzech punktów, mianowicie:
"1. Zniszczenia, zrelatywizowania wartości, na jakich opiera się kultura i społeczeństwo przeciwnika, celu walki i życia.
2. Pozbawienia go woli walki, hartu ducha i odwagi.
3. Zniszczenia jego struktury społecznej."

Media głównego nurtu, ale nie tylko one idealnie zastosowały swoje techniki manipulacyjne do tych właśnie zasad. Dzisiaj do zniewolenia większości społeczeństwa nie są potrzebne wojska a jedynie granie na jego najbardziej prymitywnych uczuciach (strach, nienawiść), cielesnych żądzach, najprostszych potrzebach etc.

PS. Swego czasu w tekście "Uzależnieni od zagranicy" napisałem kilka słów odnośnie polskich obligacji, łatania dziury budżetowej za pomocą "szarej strefy" i co...? Dzisiaj słyszymy, że jest to pomysł Rostowskiego na ratowanie budżetu. Od teraz koniec z czarnowidztwem :)

Tomasz "Geolog"
Pozdrawiam Serdecznie